poniedziałek, 24 lutego 2014

Rozdział 6

   Witam, moi kochani czytelnicy :D
Bardzo przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam, ale szkoła i chwilowy brak weny robi swoje :c
I teraz, kiedy już wszyscy we mnie zwątpiliście, oto ja powracam z jedenastostronnicowym rozdziałem  (nieważne, jak to się pisze xD) !
Szczerze mówiąc to po części moja wina i mojej weny, a po części osoby, która sprawdzała ten rozdział od zeszłego wtorku.
Postanowiłam, że jeżeli nie dostanę z powrotem szóstki dzisiaj, wrzucę Wam, podobno pięknego shota, ale to następnym razem ;)
Mam nadzieję, że pomimo tej przerwy, ktoś to ciągle czyta.




Enjoy!




         Przez całą tą „przejażdżkę” Samantha zdążyła zauważyć, że dziewczyna, którą wyswobodziła ze szponów tamtego psychopaty, była bardzo wychudzona, miała podkrążone oczy i zapadnięte policzki. Kobieta wiedziała, że podał Rebecce tą substancję, która „uwalniała” ludzi od potrzeb fizjologicznych. I dzięki, której ich ciała wyniszczały się po dłuższym czasie. Wiedziała również, że jak najszybciej musi pozbyć się tego z jej organizmu.
Ale zanim choćby spróbowała wyciągnąć strzykawkę z odtrutką zwróciła się do dziewczyny:
-Rebecco, wiem, że wiele przeżyłaś przez ten miesiąc, ale musimy…
-Skąd znasz moje imię? Nie przedstawiałam ci się.
-Tamten dupek, mi je zdradził.
Skłamała. Znała imię dziewczyny, odkąd blondyn odpowiedzialny za jej stan, znalazł się w tym kraju. Rebecca nie mówiła dalej, więc czarnowłosa kontynuowała przerwany wątek:
-W każdym bądź razie musimy pozbyć się tego, co ci podał na samym początku. Twój organizm jest osłabiony, więc nie wiem, jak może zareagować. Ale lepsze to niż śmierć w przeciągu następnych kilkunastu godzin.
Dziewczyna kiwnęła głową na znak zgody. Samantha sięgnęła do torby położonej na siedzeniu obok i wydobyła z niej ciemną strzykawkę z jakimś niebieskawym płynem w środku.
-Podaj mi rękę.
Wydała rozkaz, który Rebecca wykonała z wahaniem. Może i uwolniła mnie od tamtego sadysty, ale skąd mam wiedzieć, czy nie chce jeszcze bardziej zniszczyć mi życia? Chociaż… Z resztą… Co mi tam, zobaczymy, czy rzeczywiście ma dobre intencje.
Samantha wbiła igłę w żyłę na lewym nadgarstku dziewczyny i wcisnęła tłok, opróżniając strzykawkę.
Kilka sekund później dłonie Rebeccki znowu zaczęły się trząść, zrobiło jej się niesamowicie zimno, a przed oczami pojawiły się mroczki. Po chwili poczuła wszechogarniające ciepło i ból głowy, a na końcu wydawało jej się, że żyły lub znamiona, które stworzył blondyn, płoną żywym ogniem, raniąc jej skórę. Widziała tylko pustkę, ciemność. Znowu poczuła strach towarzyszący jej przy Czarnej Żyle, a ból głowy i palące żyły stały się jeszcze bardziej uciążliwe.
Pierwszy raz od długiego czasu krzyknęła z bólu. Nigdy wcześnie nie czuła, czegoś aż tak nieznośnego.
Nagle poczuła jak czyjeś ramiona obejmują ją i ktoś coś do niej szepcze, ale nie rozumiała słów. Po chwili ból zelżał, ponieważ jej organizm niespecjalnie to wytrzymywał, więc dziewczyna straciła przytomność.
        
         Grace coraz bardziej martwiła się o Homera. Od trzech godzin przewracała się z boku na bok w swoim namiocie. Cały czas myślała o zachowaniu swojego przyjaciela.
-Odkąd wrócił do Piekła zachowuje się jakoś inaczej…
Powiedziała dwa dni temu do Caroline, która również zauważyła, że coś jest nie tak, jednak nie przejmowała się tym tak bardzo, jak Grace.
-Nie przejmuj się nim tak! To Homer. Musi wszystko przeboleć. Za dwa, trzy dni mu przejdzie zobaczysz…
Jakoś jeszcze mu nie przeszło…
Dziewczyna westchnęła i podniosła się ze swojego śpiwora. Przetarła twarz dłońmi i założyła grubą, czarną bluzę, po czym opuściła namiot.
Niedaleko miejsca, w którym wszyscy teraz spali ciągle paliło się ognisko. Chris położył wokół niego kilka większych kamieni, żeby ogień nie spalił wszystkiego podczas suszy. Przecież nie spędzimy tutaj wieczności… Caroline kłóciła się z nim o to, ale Chris powiedział, że woli poustawiać kilka kamieni w kółko niż spłonąć, kiedy będzie spał.
Blondynka usiadła na ziemi opierając się o jedną z kłód, ustawionych wokół ogniska. Siedziała tak kilka minut, patrząc w pomarańczowo-czerwone płomienie, które wyglądały jakby tańczyły na drewnie.
Na początku myślała o Rebecce, która była jej przyjaciółką i przez, którą Homer, tak się zachowywał. Choć bardzo chciałaby myśleć o czymś innym jej umysł za każdym razem podsuwał jej temat mulata.
Nie mogła przeboleć tego, jak on przeżywał śmierć Rebeccki. Chciałaby, żeby to nią się tak przejmował, a nie starą przyjaciółką. Była zazdrosna i to bardzo.
         Jej rozmyślania przerwał odgłos czyichś kroków za jej plecami. Odwróciła się i ujrzała wysoką sylwetkę Homera, który już po chwili siedział obok niej.
-Dlaczego nie śpisz?
Zapytał półgłosem, patrząc w ogień tak, jak Grace.
-Bezsenność powraca.
Westchnęła krzywiąc się. Co prawda miewała noce, kiedy w ogóle nie potrafiła usnąć, ale nie z powodu zamartwiania się Homerem tylko tak po prostu.
Mulat nie odpowiedział na to, więc Grace postanowiła go zapytać o to, co leżało jej na sercu:
-Dlaczego tak bardzo się tym przejmujesz?
Spojrzała na niego, a kiedy oczy chłopaka spotkały się z jej odpowiedział cichym głosem:
-Była moją bratnią duszą. Gdybym mógł poświęciłbym dla niej życie. Ale to ona oddała je za mnie. Za nas. Myślę, że powinniśmy sprawdzić, czy tamten człowiek opuścił bazę i czy możemy bezpiecznie wrócić do domów.
Grace zgodziła się z nim. Jej wzrok wędrował od jego brązowych tęczówek do linii ust. Chłopak zauważył to i przysunął się jeszcze bliżej Grace. Wiedział, że jej się podoba i mógł to wykorzystać w każdej chwili.
Polowanie rozpoczęte, pomyślał, po czym delikatnie chwycił jej podbródek i złączył ich usta w pocałunku. Krótkim i delikatnym pocałunku. Pełnym wahania i ekscytacji ze strony blondynki. Był ciekaw, jak zareaguje, więc chciał odsunąć się od niej choćby na milimetr, ale dziewczyna za bardzo zatraciła się w tej czynności. Po chwili nie mogli oderwać się od siebie.
         Grace była w „siódmym niebie”, kiedy Homer muskał ustami jej szyję. Po chwili jednak gwałtownie odsunął się i spojrzał na nią ze zdziwieniem pomieszanym ze strachem.
-Przepraszam…
Wyszeptał, po czym wstał i oddalił się od miejsca zdarzenia.
Nie wiedział, co miał o tym wszystkim myśleć. W jednej chwili całował blondynkę, a w następnej słyszał głos i przez chwilę zamiast jej twarzy, widział twarz swojej matki, która była nim rozczarowana.

         Obudził się i pierwsze, co poczuł to ból szyi. Leżał na kanapie w nieoświetlonym pomieszczeniu. Podniósł się do pozycji siedzącej, rozmasowując bolący kark.
Ostatnie, co pamiętał to kontrola zamaskowanej kobiety, a potem… Ta suka skręciła mi kark! Wstał z kanapy zbyt szybko, co poskutkowało dodatkowymi zawrotami głowy. Zachwiał się, ale nie upadł.
Po chwili mógł normalnie chodzić, więc wykorzystał to i od razu poszedł w stronę sali, gdzie powinna przebywać Rebecca. Przeklinał w myślach kobietę, która ośmieliła się podjąć próbę zabicia go.
W prowizorycznej celi znalazł tylko puste, metalowe krzesło. Zaczął przeklinać we wszystkich językach jakie tylko znał. Opuścił pomieszczenie, w którym przetrzymywał dziewczynę, trzaskając drzwiami tak mocno, że prawie wyszły z zawiasów.
         Rozwścieczony blondyn podążał korytarzem, który miał go poprowadzić do wyjścia z budynku. Teraz, kiedy rozkazał swoim ludziom zostawić go samego przydaliby się najbardziej. Nie miał pojęcia, gdzie kobieta mogła zabrać jego jeńca. Była przecież tylko z kontrolą! Co powiedziała zanim pozbawiła mnie przytomności? Coś o Wszechojcu… Nie, to nie było aż tak istotne… Później… Cholera nie przypomnę sobie!
Idąc przed siebie postanowił wyżyć się na małej, biednej, niewinnej, bezbronnej roślince, rzucając ją razem z plastikową doniczką o ścianę. Normalnie taka doniczka powinna się rozbić, albo po prostu uderzyć o ścianę i spaść na podłogę, ale ta postanowiła odbić się od płaskiej powierzchni i wylądować na twarzy blondyna z niemałą siłą uderzenia.
Mężczyzna jeszcze bardziej rozzłoszczony uderzył pięścią w pobliską ścianę, zostawiając w niej głębokie na pół centymetra wgniecenie.
Zwykle starał się ukrywać emocje nie pokazywać ich światu, ale przez kradzież dziewczyny, której potrzebował i to przez tą kobietę, musiał dać upust emocjom.
Opuścił bazę i przechadzając się nerwowo po podjeździe szeptał coś do samego siebie. Jak ona mogła mnie przechytrzyć? Przecież to tylko… Ból szyi nasilił się, kiedy blondyn pochylił głowę do przodu. Znów zaczął rozmasowywać bolące miejsce. Przecież to tylko marna śmiertelniczka…
Ale czy na pewno? Odezwała się podświadomość mężczyzny. Przypomnij sobie, dlaczego tutaj jesteś.
Blondyn westchnął i udał się na tyły zalesionego ogrodu bazy. Przeszedł jeszcze cztery kroki od najgrubszego drzewa i zaczął podskakiwać. Wyczuł pod stopami coś uginającego się, coś, co nie przypominało gruntu.
Schylił się i odgarnął kupkę liści, które przykrywały małą klamkę. Zacisnął na niej dłoń i pociągnął w górę, otwierając drzwiczki klapy. Zszedł po wąskich schodkach na dno bunkru, zamykając za sobą klapę.
Przesunął dłonią po ścianie, znajdującej się po jego prawej stronie i po chwili znalazł włącznik światła. Nacisnął go i wnętrze zostało oświetlone przez słabą lampkę zawieszoną pod sufitem.
Pod prawą ścianą ustawiono starą, ciemną kanapę, a obok niej półkę z książkami, która sięgała do samego sufitu. Naprzeciwko umieszczono ciężkie, metalowe biurko, które przygwożdżono do podłogi. Jego rogi były zaokrąglone przez otarcia, a całą powierzchnię zapełniały jakieś stare papiery. Jedne w teczkach inne rozrzucone luzem. Przy biurku stało stare, skrzypiące krzesło obrotowe. Tuż obok tego mebla, pod ścianą ustawiono kilkanaście małych telewizorów, które pokazywały czarno-biały obraz z kamer zamieszczonych w bazie wojskowej.
Blondyn wrócił wzrokiem do kanapy, przy której ustawiono mały, drewniany stoliczek, a na nim położono jakąś kartkę. Podszedł tam i podniósł kawałek papieru. Było na nim napisane: „Milę dalej od Blacket Street w North Wollongong, mała willa na klifie. Daj mi czas, Edmundzie. Inaczej się nie uda.”
Blondyn wściekł się jeszcze bardziej, ponieważ okazało się, że ktoś taki, jak ta kobieta w masce, potrafi go okraść. Mnie! Jak mogła choćby spróbować?! Pożałuje tego, jak tylko ją spotkam… I skąd zna to imię? Spojrzał jeszcze raz na karteczkę i westchnął uświadamiając sobie, że i tak nie może nic zrobić. Chciał, żeby to, co zaplanował, to do czego dążył powiodło się. A ona może mi to ułatwi… Pomyślał już spokojniejszy.

Kiedy otworzyła oczy nie wiedziała gdzie jest. Wygładziła dłonią miękką poduszkę, na której spoczywała jej głowa. Popatrzyła na swoje dłonie, a potem wyżej na nadgarstki. Nie było już na nich siniaków. Bała się odwrócić rękę tak, aby mogła zobaczyć miejsca, w których powinny znajdować się czarne żyło-podobne znamiona. Bała się, że to może być tylko sen.
Po chwili wahania odwróciła rękę i zobaczyła ciemnoszare ślady, które były łudząco podobne do żył. Z małym zawodem położyła rękę na wygładzonej wcześniej poduszce i znów zamknęła oczy. Czyli to nie jest sen… To znaczy, że to wszystko, co się stało, było naprawdę… Czyli jestem dłużniczką tej kobiety, która mnie stamtąd wyciągnęła.
Otworzyła oczy i przewróciła się na plecy. Przez chwilę wpatrywała się w biały sufit, po czym westchnęła i podniosła się do siadu.
Znajdowała się w dużym pokoju o ścianach koloru miodu. Siedziała na dużym łóżku zrobionym z mahoniowego drewna, na którym spoczywała blado-pomarańczowa pościel.
         Rebecca rozejrzała się po pomieszczeniu. Po jej prawej stronie, pod ścianą, stała niska komódka zrobiona z tego samego materiału, co łóżko, a nad nią zawieszono duże, okrągłe lustro, sięgające od połowy wysokości ściany, prawie do sufitu. Naprzeciwko stała jeszcze jakaś szafa, która wyglądała na bardzo starą i z pewnością zmieściłaby w sobie Narnię.
         Odwróciła głowę w drugą stronę, a jej twarz oświetliły poranne promienie słoneczne. Cała ściana po lewej stronie mahoniowego łóżka była zajęta przez ogromne okna. Rebecca stwierdziła, że gdyby ktoś nagle postanowił, w jakiś mniej określony sposób pozbyć się tych szyb, zostałaby po nich jedna, wielka dziura. Tak jakby pokój bez tej jednej ściany.
Na cienkim, złotym karniszu zawieszono lekkie, białe, gładkie firanki, sięgające podłogi i unoszące się przy każdym podmuchu wiatru. Okna były uchylone i wpuszczały do środka zapach morskiej bryzy, której Rebecca bardzo dawno nie czuła.
         Wstała z łóżka w ostatniej chwili, łapiąc równowagę. Podeszła do ściany zrobionej z samych okien. Zauważyła zdobioną, złotą klamkę przeszklonych drzwi. Otworzyła je i znalazła się na średniej wielkości balkonie, pokrytym mozaiką w różnych odcieniach żółtego koloru.
Podeszła chwiejnym krokiem do balustrady. Oparła dłonie na złotej poręczy, która wyglądała na bardzo delikatną i spojrzała w dal.
Dom, w którym przebywała stał na zboczu, albo raczej dość stromym klifie. Morskie fale uderzały o skały, znajdujące się blisko brzegu. Po jej prawej stronie rozciągała się na początku wąska linia piasku, która wraz ze wzrostem odległości od domu, zamieniała się w szeroką plażę.
Słońce znajdowało się nisko nad falującą taflą wody, ciągle wschodząc na bezchmurne, błękitne niebo, po którym szybowały mewy.
         Lekka, chłodna bryza owiała jej twarz. Zamknęła oczy i wsłuchała się w szum fal i wiatru. Odetchnęła głęboko, a łzy napłynęły do jej oczu. Łzy radości. Nie pojmowała tego jeszcze, że naprawdę uwolniła się od tamtego cierpienia, lecz teraz postanowiła cieszyć się chwilą.
-Rebecca?
Dziewczyna niemal podskoczyła. Odwróciła się i zobaczyła kobietę o ciemnych, długich, prostych, rozpuszczonych włosach i oczach koloru czekolady.
-Przebierz się. Musisz kogoś poznać i to jak najszybciej.
Dziewczyna wróciła do pokoju, a na łóżku leżały świeże ubrania. Czarne leginsy, tego samego koloru koszulka na ramiączkach i duży, gruby, szaroniebieski sweter, sięgający jej do połowy ud oraz ciemne, sztywne, sznurowane buty za kostkę.
Przebrała się po czym podeszła do lustra wiszącego nad mahoniową komódką. Przyjrzała się swojemu odbiciu. Szara skóra malowała się pod jej przygasłymi oczami, miała zapadnięte policzki, a rozczochrane włosy teraz sięgały za ramiona.
Przeczesała je palcami dziwiąc się, że nie są tłuste. Stała tak chwilę wpatrując się w swoje beznadziejne odbicie. Szaroniebieski sweter dobrze maskował trochę wyblakłe znamiona po Czarnej Żyle.
Jej dłonie zaczęły drżeć na samą myśl o tym człowieku. Zamknęła oczy i próbowała wyciszyć myśli.
-Będziesz tego potrzebować?
Rebecca niemal podskoczyła z zaskoczenia, kiedy usłyszała cichy głos Samanthy tuż za sobą. Otwarła oczy i zobaczyła brązowooką kobietę, trzymającą cienki kawałek drewna podobny do pałeczek, którymi je się chińszczyznę.
Dziewczyna zebrała włosy na czubku głowy, zwinęła je i wzięła drewnianą pałeczkę od Samanthy, po czym delikatnie wsunęła w kupkę włosów, tak żeby się nie rozpadły. Jeszcze raz spojrzała w lustro, żeby ocenić swoje „dzieło”, westchnęła i odwróciła się do czarnowłosej kobiety.
-Chodźmy.
Powiedziała Samantha, wskazując dłonią uchylone drzwi. Dziewczyna poszła we wskazanym jej kierunku chwiejnym krokiem. Była jeszcze słaba po tylu tygodniach siedzenia na stalowym krześle w bazie wojskowej.
         Szły wąskim korytarzem o piaskowo-żółtych ścianach i ciemnobrązowej, drewnianej podłodze. Otaczały je różnej wielkości abstrakcyjne obrazy. Jedne o ciemnych barwach, jedne o jaskrawych.
         Po chwili coś, albo raczej ktoś lekko chwycił drewnianą pałeczkę, która tkwiła we włosach Rebeccki i jednym płynnym ruchem pozwolił opaść włosom na jej ramiona. Dziewczyna odwróciła się i zderzyła z czyjąś klatką piersiową. Wstrzymała oddech i lekko odchyliła głowę w górę, żeby móc dostrzec czyjąś twarz.
Wysoki, przystojny mężczyzna o blond włosach i bladozielonych oczach uśmiechał się, ukazując szereg białych zębów.
-A więc to jej poszukiwaliśmy?
Zwrócił się do Samanthy, która przytaknęła skinieniem głowy.
         Mężczyzna delikatnie ujął dłoń Rebeccki i musnął ją ustami, cały czas utrzymując z dziewczyną kontakt wzrokowy.
-Matt Rozen.
-Rebecca. Cambrige.
Wydukała słabym głosem, czując dziwny ucisk w okolicach serca. Mroczki znów pojawiły się przed jej oczami, a nogi odmawiały utrzymywania ciężaru jej ciała. Dopiero teraz przypomniała sobie, że musi oddychać, ale nawet to nie pomogło. Straciła równowagę i wylądowałaby na podłodze, gdyby nie szybka reakcja Matt’a, który uchronił jej drobne ciało przed upadkiem.
         Jej dłonie znów zaczęły się trząść, tak jak w obecności Czarnej Żyły. Pomimo tego, iż wiedziała, że to wszystko przez tamte tygodnie zrzuciła winę na zmęczenie.
-Wszystko w porządku?
Zapytał Matt, patrząc troskliwie w oczy dziewczyny. Rebecca wyprostowała się i odwracając spojrzenie od bladozielonych oczu odpowiedziała słabym głosem:
-Tak.
Mężczyzna rozluźnił uścisk na jej ramieniu i talii. Rebecca odsunęła się od niego, spuszczając wzrok z jego przystojnego oblicza. Chciała mu podziękować, ale Samantha zabrała głos:
-Możemy przejść do kuchni?
Blondyn skinął głową, potwierdzając jej słowa. Czarnowłosa ruszyła korytarzem, Rebecca podążała tuż za nią cały czas, czując na sobie spojrzenie mężczyzny, który szedł obok niej.
Po zejściu po drewnianych, wąskich schodkach na parter domu cała trójka skręciła w prawo, wprost do kuchni. Znaleźli się w ogromnym pomieszczeniu ze ścianami pomalowanymi na jasnobrązowo i podłogą wyłożoną dużymi kafelkami o podobnym kolorze. Przy oknach naprzeciwko wejścia ustawiono blaty z jasnego drewna, a na środku kuchni stała wysepka z czterema krzesłami barowymi. Niska lodówka razem ze szklaną płytą gazową, mikrofalówką i piekarnikiem, stała po prawej stronie pomieszczenia, a jednokomorowy zlew razem ze zmywarką po lewej. Nad jednym z blatów zawieszono dużą półkę, która zajmowała połowę ściany. Stały tam tylko szklane pojemniki z przyprawami. Okna, trochę mniejsze od tych w pokoju, w którym obudziła się Rebecca, wpuszczały do pomieszczenia promienie słońca, w których było widać maleńkie drobinki kurzu.
Samantha wraz z Rebeccą, która cały czas podziwiała to ogromne pomieszczenie, usiadły na krzesełkach barowych, a blondyn podchodząc do lodówki zapytał:
-Wody?
-Poproszę.
Odpowiedziały równocześnie.
-Gazowana, czy niegazowana?
-Niegazowana.
Znów odparły chórem.
-Hmm, obie piękne i jeszcze do tego odpowiadają razem… Może jesteście siostrami?
Zapytał sam siebie, po czym nalał do trzech, przeźroczystych szklanek schłodzonej, niegazowanej wody. Dwie z nich postawił na blacie wysepki, a z trzeciej upił łyk.
Zapanowała cisza. Rebecca nie wiedziała, co tak właściwie tutaj robi. Była ciekawa kim są ci ludzie, skąd wiedzieli, gdzie jest i dlaczego wyswobodzili ją z objęć niebezpieczeństwa, jakie stanowił dla niej tamten blondyn?
-Coś cię martwi, Rebecco?
Usłyszała łagodny głos Matt’a, zdając sobie sprawę, że marszczy brwi, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie. Zwróciła spojrzenie swoich niebieskich oczu na mężczyznę, a chwilę później na Samanthe. Postanowiła dowiedzieć się czegoś na ich temat, ale nie teraz.
-Nie jestem pewna, czy mogę wam ufać…
Powiedziała, trochę wahając się ich reakcji. Byli dla niej zupełnie obcymi ludźmi, którzy nie wiedzieć, czemu pomogli jej uciec. Matt skierował swoje spojrzenie na Samanthe, która po krótkiej chwili zaczęła mówić:
-Przez najbliższe dni będziesz przebywać w tym domu, Rebecco. Nie zrobimy ci krzywdy. I nie mówimy, że masz nam od razu ufać, ale wiedz, że jesteś tutaj bezpieczna. A sprowadziłam cię tutaj ze względu na Matt’a, który pomoże ci zapomnieć o tamtych tygodniach.
-Z tym, co tamte tygodnie zostawiły na moich rękach wątpię, że szybko o tym zapomnę…
Bąknęła wbijając wzrok w szklankę wody. Cały czas pamiętała o prawie czarnych znamionach oszpecających jej skórę. Znów zmarszczyła brwi, przypominając sobie, że w pewnym momencie pomyślała, że mogłaby mu wybaczyć. Wszystko, co zrobił. Włącznie z zabójstwem Homera. O nie… Dlaczego w ogóle o tym pomyślałam? To potwór bez serca i tyle. Jemu nie da się wybaczyć…
Poczuła na swojej dłoni ciepłe palce Matt’a, wyrywające ją z zamyślenia. Spojrzała mu w twarz.
-Postaram się pomóc ci zapomnieć.
Powiedział, kładąc nacisk na słowa „postaram się”. Przez moment kącik jej ust uniósł się w niepewnym półuśmiechu, po czym wyswobadzając dłoń z jego palców upiła łyk chłodnej wody.
-Też tu będziesz przez ten czas, Samantho?
Rebecca zwróciła się do czarnowłosej kobiety z minimalną nadzieją w głosie, że jednak nie zostanie tutaj sama. Czekoladowe oczy Samanthy spojrzały na nią przepraszająco.
-Niestety nie. Mam kilka spraw na głowie… I to kolejny powód, przez który cię tutaj przywiozłam. Wyjeżdżam dzisiaj na kilka dni.
Rebecca pokiwała głową w geście zrozumienia. Nie miała pojęcia, w jaki sposób ten człowiek będzie chciał jej pomóc, ale w głębi duszy miała nadzieję, że w pewnym stopniu mu się uda. Że da radę pozbyć się Czarnej Żyły z jej myśli. Że zapomni choćby na chwilę.
           W południe, w kuchni pojawiła się niska kobieta w średnim wieku. Miała ciemne włosy spięte w kok, brązowe oczy i ładną twarz, na której zdążyły już pojawić się pierwsze zmarszczki. Była ubrana w jeansowe spodnie i długą, brązową tunikę z rękawem sięgającym do łokci.
-Dzień dobry, pani Jones.
Przywitał się Matt, widząc kobietę w progu. A Samantha skinęła jej głową z uśmiechem.
-Dzień dobry, państwu.
Odpowiedziała z uśmiechem po kolei, patrząc na blondyna, potem na Samanthe i Rebecce. Cała trójka odwzajemniła życzliwy uśmiech.
-A, więc, to jest ta panienka, którą będziesz męczył w najbliższej przyszłości?
Zaśmiała się kładąc dłoń na ramieniu niebieskookiej dziewczyny i z uśmiechem, przyglądając się jej.
-Pani Jones to jest Rebecca Cambrige, Rebecco to jest pani Jones, moja gospodyni.
-Miło mi.
Powiedziała Becca, uśmiechając się do brązowookiej kobiety.
-To mi jest miło, skarbie.
Kobieta uśmiechnęła się lekko, ściskając dłoń dziewczyny. A kiedy tylko przeniosła się do blatów Matt nagle zmarszczył brwi, jakby coś sobie przypomniał. Odwrócił się do gospodyni i zapytał z udawaną urazą:
-Jestem aż tak nieznośny, pani Jones?
Kobieta odwróciła się do niego i z uśmiechem odpowiedziała:
-Oczywiście, że nie Matty… Tylko trochę.
-I tutaj muszę się z panią zgodzić, pani Jones. Dziwię się, że tyle pani z nim wytrzymuje.
Zabrała głos Samantha, przez którą blondyn teatralnie położył dłoń na piersi, udając zaskoczenie i urazę.
-Nie mam wyboru kochanie. Dobrze mi płaci i czasem odnoszę wrażenie, że dopłaca do wytrzymywania jego humorków.
Zaśmiała się gospodyni. Blondyn teatralnie urażony tylko szepnął do Rebeccki:
-Nie wierz, w ani jedno ich słowo…
Dziewczyna uśmiechnęła się i odszepnęła:
-Będę się uśmiechać i potakiwać, udając, że słucham.
Blondyn obdarzył ją pięknym uśmiechem, a w jego oczach tańczyły iskierki rozbawienia.
           Pani Jones przygotowała na obiad kurczaka po chińsku, którego podała koło czwartej po południu. Cała trójka pochwaliła gospodynię i już po piątej byli po posiłku.
Teraz pani Jones siedziała w kuchni, rozwiązując codzienne krzyżówki, a Rebecca i Matt pomagali spakować się Samanthcie. O ósmej wieczorem już stali na podjeździe olbrzymiej willi Matta, żegnając się z brązowooką kobietą.
Blondyn objął ją i ucałował w policzek szepcząc:
-Uważaj na siebie.
-A ty na nią.
Uśmiechnął się w odpowiedzi. Samanthcie i Rebecce wystarczyły skinienia głową, po czym brązowooka wsiadła do auta i odjechała, kierując się w głąb kraju.

           Skradała się z powrotem w kierunku domu, który jednocześnie nienawidziła i kochała. I który teraz, stanowił dla niej jednocześnie schronienie, jak i największe niebezpieczeństwo.
Kilka dni wcześniej widziała, jak groźnie wyglądający, uzbrojeni ludzie opuszczają tamto miejsce, więc postanowiła sprawdzić, czy uda jej się dostać, chociaż do bunkru. Nie udało się, bo na podjeździe akurat pojawiło się kolejne auto bez rejestracji.
           Teraz, kilka dni po wygrzebaniu się z ziemi wracała, wspominając to cudowne wydarzenie.
Kula nie przestrzeliła jej czaszki, lecz tylko drasnęła, jednak z taką siłą, że straciła przytomność. Obudziła się w całkowitej ciemności, bez dostępu do powietrza. Szybko zorientowała się, że tkwi zakopana pod ziemią. Rozpaczliwie, odgarniając piach sprzed twarzy, wykopała sobie drogę na powierzchnię.
Nikogo nie było wokół, a ona w obawie o swoje własne życie wycofała się do lasu. Znała te tereny i szybko znalazła się przy polu pani Smith, sąsiadki, która była właścicielką jednego z największych stad owiec w całym kraju.
Nie pobiegła od razu do jej domu. Przystanęła na skraju lasu, oparła się o drzewo i właśnie do niej dotarło, co się stało.
           Wydostała się spod ziemi po postrzale, który powinien być śmiertelny. Tylko ona jedna spośród całego oddziału swojego ojca.
Łzy spływały strumieniami po jej policzkach, kiedy uświadomiła sobie, że tylko ona to przeżyła. Tylko ona, ponieważ przed rzekomą śmiercią widziała, jak strzelali do jej przyrodniej siostry, Rebeccki. Przestrzelili jej czaszkę na wylot. Nie miała szans na przeżycie.
Tak samo, jak ja. Podsunęła jej podświadomość. Bo kto normalny wygrzebuje się z… grupowego grobu po postrzale, którego nikt nie miał szans przeżyć?
Ale jej się udało. Pani Smith zadbała o nią przez trzy tygodnie, a teraz ona, Maggie wracała skąd przyszła z nadzieją, że jednak uda jej się dostać do bunkru.
           Przystanęła na skraju lasu, a jej serce szybciej zabiło i źrenice rozszerzyły się na widok znajomej bazy wojskowej.
Rozejrzała się wokół i nasłuchiwała przez chwilę. Otaczała ją cisza z każdą sekundą, utwierdzając ją w przekonaniu, że nie ma nikogo w pobliżu.
           Po cichu jeszcze bardziej zbliżyła się do bazy, odliczając kroki od linii lasu. Po pięciu przykucnęła i odgarnęła z ziemi stare, zalegające liście. Jej oczom ukazała się mała klamka, która otwierała klapę w podłożu. Uśmiechnęła się zadowolona z siebie, po czym jeszcze raz rozejrzała się i z wysiłkiem podniosła klapę.
Znalazła się w małym bunkrze, w którym kiedyś dość często bywała, podkradając paczki chipsów i podglądając przystojnych żołnierzy przez kamery umieszczone w każdym pomieszczeniu bazy.
           Zastała znajomy widok. Papiery porozrzucane po starym biurku, zakurzone książki na olbrzymiej szafce i stara kanapa, na której czasem się wylegiwała.
Ale jej uwagę przykuły stare, wąskie, metalowe drzwi. Podeszła do nich i otworzyła. Jak się spodziewała zaskrzypiały, a w środku pomieszczenia znajdowało się coś na kształt jednej, wielkiej spiżarni.
Chciała wejść w głąb pomieszczenia i właśnie wtedy usłyszała szczęknięcie otwieranej, a chwilę później zamykanej klapy bunkra.