niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział 1

Tak na wstępie to chciałam bardzo serdecznie podziękować wszystkim, którzy zdecydowali się czytać moje wypociny. Miło mi, że jednak sam prolog Wam się spodobał, więc oto i nasz pierwszy rozdział :D
Czy tylko ja ciągle nie mogę się otrząsnąć po Thor'ze 2 ? o.O
Liczę na wsze opinię i przepraszam, za ewentualne błędy. Pozdrawiam, Lola.


Miesiąc wcześniej.

Trzy mile za jednym z Australijskich miasteczek znajdowała się mała baza wojskowa, którą zamieszkiwał Jack Jackson wraz ze swoją córką Maggie oraz jej przybraną siostrą Rebeccą, no i małym oddziałem żołnierzy, których szkolił.
Jack jest najważniejszym człowiekiem w tym budynku, więc mógł sobie pozwolić sprowadzić rodzinę, tym samym jeszcze bardziej zachęcając osiemnastoletnią Rebeccę do wstąpienia w szeregi armii.
Dziewczyna od samego początku była zafascynowana mundurem, wysiłkiem fizycznym, bronią i wszystkim, co łączyło się z wojskiem. Nie należała ani do najwyższych, ani do najniższych osób, jakie znał, miała metr siedemdziesiąt wzrostu, ciemnoblond kręcone włosy, sięgające do ramion oraz niebieskie oczy, które pod wpływem światła, co wieczór zmieniały kolor na zielone. Gdyby nie była krótko wzrokowcem bez problemu mogłaby wstąpić do wojska. Ale mimo to uczestniczyła w musztrach i treningach, które wykonywali wszyscy żołnierze w bazie.
Za to rodzona córka Jack’a, szesnastoletnia Maggie, nigdy nie widziała nic ciekawego w mundurze, ani w wojsku, czy nawet w policji. Niekiedy chciała się wyrwać ze swojego domu, zamieszkać w mieście i mieć normalne, niewojskowe życie. Nastolatka, metr siedemdziesiąt osiem wzrostu, długie, kasztanowe, proste włosy, szaroniebieskie oczy i szczupła sylwetka - to wszystko, co ją charakteryzowało. No i oczywiście była bardzo ładna i często szukała jakiegoś przystojnego i w miarę młodego chłopaka w bazie wojskowej, służącej jej za dom.
Bardzo się od siebie różniły. Nie tylko ze względu na wygląd, wiek, zainteresowania, ale nie miały również tego samego stylu.
         Maggie cały czas chodziła w makijażu, ubierała się w zwiewne sukienki, obcisłe leginsy, kolorowe bluzki, miała bardzo dużo par butów na koturnie, jedną parę trampek, w których chodziła po szkole, nosiła kolorowe bransoletki, długie kolczyki i perłowe naszyjniki. Słuchała popowej muzyki, zawsze miała uśmiech na twarzy, ale była też trochę przewrażliwiona na swoim punkcie. No i starała się spędzać dużo czasu z ludźmi z bazy.
Za to Rebecca była jej całkowitym przeciwieństwem. O jakimkolwiek makijażu nie było nawet mowy, chyba, że musiała akurat jechać do miasta. Jej garderoba składała się głównie z czarnych i granatowych jeansów, białych i czarnych bokserek, czarnej i czerwonej skórzanej kurtki, kilku dużych koszul, T-shirtów z nazwami różnych zespołów, takich jak AC/DC, Green Day, The Beatles czy Imagine Dragons, kilku bluz, dwóch par trampek, dwóch par butów na koturnie, w których chodziła bardzo rzadko, no i miała mnóstwo rzemykowych bransoletek, długich wisiorów i kilka par kolczyków. Słuchała głównie rocka, czasem punku i nie gardziła piosenkami z lat sześćdziesiątych, albo dwudziestych XX wieku oraz tymi „dołującymi” utworami.
Zawsze ukrywała swoje prawdziwe emocje, przyjmując obojętny wyraz twarzy, ton głosu i postawę. Przeważnie przesiadywała zamknięta w swoim pokoju, czytając albo po prostu izolując się od innych ludzi, których towarzystwo mogła znieść tylko przez kilka godzin.
Nieraz, kiedy miała dobry humor, przychodziła do największego pokoju w całej bazie, służącego za publiczny salon, w którym zwykli przesiadywać odpoczywający żołnierze, Maggie oraz Jack i włączała głównie płyty AC/DC albo Green Day i za każdym razem, kiedy to robiła, cała baza była zmuszona tego słuchać, ale większości to nie przeszkadzało. Twierdziła, że jak ma przesiadywać z innymi ludźmi w jednym pomieszczeniu, to tylko w towarzystwie dobrej muzyki.
Była bardzo małomówna w przeciwieństwie do Maggie, która mówiła cały czas. Ale kiedy Rebecca rozmawiała z innymi żołnierzami, na przykład o tym, co ona o nich sądzi, zawsze najpierw uśmiechała się i lekko kręciła głową z niedowierzaniem, że w ogóle ją o to zapytali, potem pytała, dlaczego nie chcą pogadać o tym z Maggie, która była ładniejsza od niej. A kiedy oni chcieli znać jej zdanie, mówiła szczerze, co o nich myśli. Zwykle rzucała jakimiś wrednymi ripostami do każdego, kto z nią rozmawiał. Chciała w ten sposób zniechęcić ich do siebie, nie lubiła towarzystwa innych ludzi. Zwłaszcza tych, którzy tylko udawali kogoś innego, którzy nie potrafili być sobą.
Za to Maggie prowadziła długie konwersacje z każdym, kto do niej zagadał. Twierdziła, że sama mogłaby zacząć rozmowę, ale nie chciała odciągać żołnierzy od ich obowiązków. W to akurat jest w stanie uwierzyć każdy, kto ją poznał. Potrafiła mówić, i mówić, i mówić, cały czas, jakby jej usta nie były w stanie choćby na chwilę się zamknąć. Dzieliła się swoimi opiniami i przemyśleniami na każdy temat z każdym, kto zadał odpowiednie pytanie. Potrafiła wyłożyć niezły wykład, używając swoich odczuć wobec, na przykład jakiegoś obrazu, albo rzeźby, czegokolwiek związanego ze sztuką, którą tak bardzo się interesowała.
-Może i ma te swoje wielkie, godne podziwu przemyślenia, co do sztuki, ale towarzyszy jej przy tym fatalny gust muzyczny.
Stwierdziła kiedyś Rebecca, rozmawiając ze swoim sąsiadem greckiego pochodzenia, Homer’em, o Maggie.
Maggie nie dość, że uwielbiała sztukę, to jeszcze do tego sama potrafiła tworzyć ciekawe, abstrakcyjne, ale równocześnie piękne obrazy. Za to Rebeccę zafascynowało słowo pisane. Na czytaniu spędzała większość swojego wolnego czasu, ale kiedy nie miała ochoty zagłębiać się w światy innych ludzi, sama chciała się wykazać i pisała całkiem dobre opowiadanie, które postanowiła przerobić na powieść fantastyczną i w przyszłości wydać ją do wydruku.
         W życiu Jack’a i jego bazy, wszystko układało się tak jak powinno. Tego dnia jak zwykle wstał o czwartej piętnaście żeby zdążyć obudzić żołnierzy o piątej. Po odświeżeniu i ubraniu się wyszedł na zewnątrz, okrążył budynek i znalazł się przy zamaskowanym przycisku obok tylnych drzwi. Jeszcze raz przetarł twarz dłońmi z nadzieją, że nie wygląda tak okropnie jak się czuje. Ta pogoda mnie dobija… Pomyślał spoglądając na zachmurzone niebo. Jak na Australijski klimat pogoda nie sprzyjała od tygodnia. Dawno nie widział słońca na niebie i było chłodniej niż zwykle o tej porze roku.
Westchnął, odchylił plastikową klapkę i nacisnął duży ciemnozielony guzik. W całej bazie rozległ się dźwięk staroświeckiej pobudkowej trąbki zazwyczaj używanej w wojsku. Jack przygotował się do spotkania ze swoim małym oddziałem.
Prawie równo dwie minuty po alarmie ustawił się przed nim szereg kobiet i mężczyzn w różnym wieku. Jedni byli nawet starsi od niego samego, ale mniej doświadczeni. Żołnierze stanęli na baczność patrząc przed siebie. No to zaczynamy.
-Spóźnienie czterdzieści sekund. Cały oddział na ziemię i pięćdziesiąt pompek!
Cały szereg wykonał polecenie i już po chwili wszyscy byli zajęci ponoszeniem zasłużonej kary.
-Jesteśmy w wojsku panie i panowie! Nawet najmniejsze spóźnienia nie będą tutaj niezauważone! Znacie zasady! Usłyszycie alarm i macie dwie minuty, nie mniej, nie więcej, na opuszczenie bazy! Gówno mnie obchodzi gdzie akurat jesteście, jak dobrze wam się spało, czy cokolwiek innego robicie! Macie dwie minuty! Inaczej karę za spóźnienie ponosi cała grupa! Czy wyraziłem się jasno?
-Tak, sir!
Kiedy żołnierze skończyli ćwiczenia, podnieśli się i znów przybrali postawę „na baczność”. Jack powoli przeszedł wzdłuż szeregu, obserwując każdą osobę po kolei. Sprawdzał, w jakim stanie jest mundur, zwracał uwagę na postawę, to jak każdy z nich wyglądał. Mniej więcej w środku dostrzegł Rebeccę, swoją adoptowaną córkę. Dopięty mundur, włosy zebrane do tyłu, stopy równo, ręce przy ciele. Nic do zarzucenia. Przeszedłby dalej gdyby nie zauważył ciemnych „worów” pod oczami dziewczyny.
-Dobrze ci się spało Cambrige?
-Owszem, sir.
-Jak długo?
-Osiem godzin, sir.
-No to może na rozbudzenie pobiegamy?
Jack usłyszał cichy jęk rezygnacji gdzieś z końca szeregu. Kim by był Jack, gdyby nie zareagował?
-Uroki służby, panienki. Baczność! W prawo zwrot! Pamiętajcie żółtodzioby, biegniemy równo, truchtem.
Po tych słowach cały oddział z Jackiem na czele ruszył przed siebie wydeptaną ścieżką w góry.
-Dwanaście kilometrów górzystym szlakiem. Nie chcę słyszeć sprzeciwów, szeptów, jęków, niczego! Jeżeli którekolwiek z was wyda z siebie choćby najcichsze kichnięcie będziecie wracać do bazy i zaczynać trucht od początku. Czy to jasne?!
-Tak, sir!
Jack już dawno temu znalazł szlak, który tak naprawdę jest jednym dwunastokilometrowym kołem zaczynającym się w lasku kilkaset metrów od bazy. Ścieżka była twarda w niektórych momentach kamienista i śliska, no i cały czas biegło się pod górkę. Proste odcinki zdarzały się tylko na jej wejściu i zejściu w kierunku bazy.
Po porannym biegu odbyła się jeszcze tradycyjna, ale tym razem krótka, musztra. Następnie Jack zafundował swojemu czterdziestoosobowemu oddziałowi ćwiczenia ze składania broni, a później godzinę na strzelnicy.
         Warunkiem zamieszkiwania przez żołnierzy bazy Jack’a były domowe obowiązki, które przypisał im na samym początku, dzięki czemu każdy wiedział, co ma robić po zakończonych ćwiczeniach. No i dzięki temu Jack mógł mieć chwile dla siebie.
Około siedemnastej popołudniu tego samego dnia, postanowił zrobić sobie herbatę i usiąść w salonie. Drzwi prowadzące do tego pomieszczenia nie należały do najmniejszych i tak właściwie to były szklane, nie licząc drewnianej obudowy. Ściany miały bordowy kolor i wisiało na nich mnóstwo obrazów o ciemnych barwach. Wszystkie meble znajdujące się w tym pokoju wydawały się być bardzo stare, choć w rzeczywistości miały, maksymalnie, trzy lata. Naprzeciwko wejścia znajdował się kominek, a przed nim jedna z mniejszych sof w tym pokoju, na której zauważył zamyśloną Rebeccę. Usiadł obok niej popijając herbatę. Dziewczyna nie odzywała się zapatrzona w przestrzeń przed sobą. Wyglądała na zmartwioną.
Jack z westchnieniem odstawił w połowie pusty kubek na stoliku przed sofą, spojrzał na osiemnastolatkę i zapytał spokojnie:
-O, czym tak myślisz?
Rebecca spojrzała na niego pustym wzrokiem i odpowiedziała cichym głosem:
-Coś złego się stanie…
-Dlaczego tak twierdzisz?
-Pamiętasz jak w zeszłym roku przez miasto przeszła trąba powietrzna?
-Trudno zapomnieć…
-Wtedy też miałam takie przeczucie.
-Zbieg okoliczności.
-Może. Może nie.
W tym momencie do pokoju weszła Maggie i słysząc rozmowę ojca z Rebeccą musiała dodać swoje „trzy grosze”.
-Tato ona jest psychiczna. Jestem za oddaniem jej do psychiatryka.
Rebecca obróciła się w stronę Maggie i odpowiedziała spokojnym, ale jednocześnie trochę wrednym tonem:
-Ja przynajmniej nie używam całej twarzy do zjedzenia spaghetti.
Jack w reakcji na ich wymianę zdań uśmiechnął się i powiedział, kierując swoje słowa do młodszej z nich:
-Maggie nie powinnaś podsłuchiwać.
-Nie podsłuchiwałam! Po prostu przyszłam tutaj żeby posiedzieć sobie z tobą i Kluskiem.
-Co za beznadziejne imię…
Wymamrotała pod nosem osiemnastolatka, widząc siadającego dorosłego, grubego kota na dużym fotelu znajdującym się obok sofy. Mówiła bardziej do siebie, ale Maggie musiała usłyszeć jej słowa i od razu zareagowała:
-Na pewno lepsze niż twoje!
-Dziewczyny! Wystarczy mi na dzisiaj krzyków.
Jack oczywiście miał na myśli krzyki Maggie, ponieważ Rebecca przez cały czas utrzymywała spokojny i cichy ton głosu. Dobrze wiedziała, że jej ojczym przez większość dnia jest skazany na odkrzykiwania żołnierzy i bardzo często z tego właśnie powodu chciał mieć choćby chwilę ciszy.
Po jego słowach ani jedna z dziewczyn się nie odezwała. Rebecca wróciła do swoich rozmyślań, a Maggie usiadła na fotelu razem z grubym kotem. Kiedy to kocisko zdążyło się tak spaść? Jack pamiętał, że jeszcze dwa miesiące temu kot wyglądał na lekko wychudzonego, a teraz ledwie mieścił się na jednym fotelu z Maggie.
         Następnego dnia, po porannych ćwiczeniach żołnierzy, do drzwi bazy zapukał sąsiad Jacksonów, Homer Neasby. Wysoki mulat o brązowych oczach i czarnych kręconych włosach. Jack po usłyszeniu jego krótkiego „dzień dobry” od razu zawołał Rebeccę. Kiedy osiemnastolatka zauważyła przyjaciela nagle stanęła nieruchomo, jakby coś sobie przypomniała. Po chwili zamrugała zdając sobie sprawę z tego, co oznacza wizyta Homer’a.
-Cholera.
Wyszeptała, po czym przypominając sobie o obecności chłopaka dodała:
-Poczekaj chwilę tylko wezmę kluczyki.
Homer uśmiechnął się w odpowiedzi i czekał na osiemnastolatkę w holu bazy. Po chwili, jak mówiła, pojawiła się z kluczykami od samochodu w dłoni.
-Teraz możemy iść.
Powiedziała wychodząc na zewnątrz. Homer podążył za nią w stronę zaparkowanego na podjeździe, białego Land Rovera. Dziewczyna odezwała się dopiero jak wsiedli do auta:
-Pytam tak dla pewności. Dzwoniłeś do Grace i Chris’a?
Homer spojrzał na nią niedowierzając w to, co właśnie usłyszał, po czym odpowiedział sarkastycznie:
-Nie, wysłałem im telegram. Powinien dotrzeć jutro nad ranem. Oczywiście, że do nich dzwoniłem! Nie jestem aż takim idiotą, Becca.
-Mów, co chcesz…
Odpowiedziała jadąc w kierunku farmy jej przyjaciółki. Po kilku minutach dotarli na miejsce, a przy drodze już czekali na nich Grace Low i Chris Johnson. Grace jest niską blondynką o jasno niebieskich oczach i pogodnym uśmiechu. Przy niej Chris wyglądał na wysokiego, a w rzeczywistości był tylko trochę niższy od Homer’a. Jednak wzrost nadrabiał dużymi zielonymi oczyma, które przyciągały całą uwagę.
Rebecca zatrzymała się na poboczu, pozwalając im wsiąść do auta.
-Caroline powiedziała, że będzie na nas czekać przy tym mniejszym dworcu kolejowym.
Poinformował Chris.
-Masz moją płytę?
Homer nie potrafił przeżyć choćby godziny bez słuchania AC/DC.
-Becca nie wzięła swojej?
Odpowiedział pytaniem na pytanie odsuwając swój plecak.
-Wiesz w tym pośpiechu chyba zdążyła zapomnieć.
-Ostatnimi czasy jest bardzo nieogarnięta.
Dodała Grace z udawaną powagą.
-Myślę, że powinna przespać choćby jedną noc.
-I przydałaby się jej porządniejsza musztra.
Rebecca westchnęła z uśmiechem na ustach, na co Homer włączając płytę, powiedział:
-Widzicie to, co ja? Jakoś nie poznaję tego grymasu na jej twarzy. Może mnie ktoś oświecić, co się dzieje?
-Hmmm… No nie wiem… Grace pomożesz?
-Dajcie już spokój wcale nie jest ze mną aż tak źle!
Odpowiedziała Rebecca oburzając się teatralnie.
-Nie, wcale! Ostatnio tylko siedzisz i piszesz. Kiedy ostatnio spałaś więcej niż dwie godziny?
Wtrąciła Grace. Martwiła się o przyjaciółkę i miała rację. Przez ostatni tydzień Becca spała najdłużej dwie może trzy godziny, a resztę swojego czasu poświęcała swojemu pisanemu dziełu. Nie potrafiła usnąć bez napisania choćby jednej dodatkowej strony.
W połowie drogi Grace nagle wykrzyknęła:
-Stój!
Rebecca bez zastanowienia wcisnęła hamulec, szczęśliwie zatrzymując się na poboczu.
-Co się stało?!
Zapytał Homer obracając się do tyłu.
-Zapomniałam portfela.
Wszyscy, oprócz Grace, jak na komendę westchnęli z niedowierzania.
Przez całą drogę powrotną Chris i Homer nie ukrywali swojego oburzenia zaistniałą sytuacją. Co chwila powtarzali Grace, że teraz przez nią spóźnią się na film i że Caroline – dziewczyna Chris’a będzie musiała dłużej na nich czekać. Po piętnastu minutach wypominań, Rebecca nawrzeszczała na nich żeby dali już spokój i że każdemu mogło się to zdarzyć.
         Kiedy przejeżdżali obok bazy wojskowej, w której mieszkała Becca, zauważyli na podjeździe czarnego jeep’a bez rejestracji. Homer, jako pierwszy zwrócił na to uwagę. Zaraz po tym w kierunku Land Rovera posypał się grad kul. Rebecca przyjrzała się na tyle na ile mogła, po czym zwróciła się do sąsiada:
-Weź kierownicę.
-Co?! Nie! Nawet o tym nie myśl!
Ciągle jadąc trzydzieści mil na godzinę, osiemnastolatka zdążyła już odpiąć pas i uchylić drzwi samochodu.
-Rebecca to nie jest śmieszne! Wracaj do środka!
Odezwała się Grace, próbując przemówić przyjaciółce do rozsądku.
-Jeźdźcie po Caroline, a potem prosto do Piekła, ale najdalszą drogą od bazy. Tam się spotkamy.
-Co się dzieję?
Zapytał Chris najspokojniejszym tonem, na jaki potrafił się zdobyć. Becca mówiła mu kiedyś, że w każdej chwili wrogie państwo może ich zaatakować. Ten teren nie należał do najlepiej strzeżonych, więc bez problemu mógł zostać przejęty przez lepiej zorganizowane siły.
-Wiedziałam, że coś złego się stanie. Musze to sprawdzić.
-Rebecca! Nawet, jeśli coś poważniejszego się tam dzieje to nie dasz rady sama!
Zaprotestowała Grace.
-Spotkamy się w Piekle za trzy dni.
Powiedziała, po czym otwierając szerzej drzwi wyskoczyła. Leciała przez krótką chwilę myśląc tylko o tym, żeby nie postawić źle stopy. Już kilka razy wyskakiwała z jadących samochodów, ale poruszających się o wiele wolniej. Na szczęście wylądowała nie robiąc sobie żadnej krzywdy, po czym przebiegła na drugą stronę ulicy żeby znaleźć się bliżej bazy.
Zatrzymała się obok jakiegoś szerokiego drzewa, żeby przez chwilę pomyśleć. Piekło. Też sobie miejsce wybrałaś…
Piekło to tak właściwie coś na kształt kotliny w pobliskich górach. Miesiąc temu, kiedy to Rebecca razem z Homer’em i Grace postanowili się wybrać na spacer, natrafili na jeszcze nieznaną im ścieżkę. Mieli dużo czasu, więc postanowili sprawdzić, dokąd prowadzi. Kilkanaście minut później znaleźli się na szczycie jakiejś bliżej nieokreślonej małej góry. Widok stamtąd był niesamowity. Przed nimi rozciągała się niewielka zatoczka, do której przybijały rybackie kutry, skalne podłoże było wtedy przyjemnie chłodne, a otaczająca ich gęstwina powodowała, że byli niewidoczni.
W pewnym momencie Grace odeszła od nich na chwilę i przedzierając się przez krzaki i gęsto rosnące drzewa znalazła słabo oświetloną kotlinę. Zawołała Homer’a i Becce, żeby pokazać im swoje odkrycie. Tamci uznali, że kotlina lepiej by wyglądała gdyby byłoby widać dno. Wtedy Homer zaproponował żeby poszukali zejścia do środka.
Obeszli dookoła całą kotlinę dwukrotnie i dopiero, kiedy zatrzymali się aby przez chwilę odpocząć, przez przypadek zauważyli coś na kształt kamiennej półki, tworzącej pierwszy stopień w dół. Okazało się, że pod pierwszą półką znajduje się następna, tylko trochę bardziej wysunięta, a pod nią następna i następna, w ten sposób tworząc ogromne kamienne schody.
Nazwali to miejsce Piekłem ze względu na to, że na początku nie byli w stanie zobaczyć dna kotliny. No i była całkiem odizolowana od świata. Chcieli tam kiedyś wrócić, ale nie mogli znaleźć czasu, żeby powtórzyć wycieczkę. A teraz Piekło prawdopodobnie jest dla nich jedynym bezpiecznym miejscem.
         Rebecca wyjrzała zza drzewa w celu ocenienia sytuacji, w jakiej się znalazła. Ludzie, którzy przed chwilą ostrzeliwali jej samochód, stali teraz na baczność przed głównym wejściem do bazy. Wyglądało to tak jakby jej nie zauważyli. I może rzeczywiście tak jest? Pewnie zdążyli już poinformować resztę swoich ludzi o nas. Mogłoby się wydawać, że ich mundury były całkowicie czarne, ale kiedy padały na nie promienie słoneczne, materiał połyskiwał ciemną zielenią. Nie nosili żadnych masek ani hełmów, po prostu mundur, ciężkie, wysokie buty i broń. Broń, której nie poznawała. Co prawda nigdy nie była dobra w wymienianiu i odróżnianiu różnych rodzajów broni, ale nigdy w życiu nie widziała takiego rodzaju. Było to coś podobnego do karabinu, tylko większe, szersze i z większą lufą.
Dziewczyna z powrotem oparła plecy o drzewo i rozejrzała się. Wokół rosło mnóstwo drzew, ale gdyby między nimi przebiegła zauważyliby. A co powiesz na czołganie się? Osiemnastolatka powoli osunęła się na ziemię i zaczęła się czołgać pomiędzy niskimi krzakami najciszej i najostrożniej jak potrafiła.
Z miejsca, w którym się zatrzymała widziała tylne drzwi bazy wojskowej. Niestrzeżone. Już miała się podnosić, kiedy drzwi nagle się otworzyły i na zewnątrz wyszło dwunastu żołnierzy, których znała wraz z Jackiem oraz Maggie eskortowani przez o wiele większą grupę ludzi w ciemnozielonych mundurach, wyposażonych w tą sama broń, którą Rebecca widziała u żołnierzy przy głównym wejściu. Cały czas się zastanawiała, kim mogą być ci ludzie i czego mogą od nich chcieć? To baza wojskowa idiotko! Myślisz, że czego chcą obcy żołnierze od tej bazy wojskowej?! Zbeształa się w myślach.
Tuż za grupą żołnierzy szedł wysoki mężczyzna z blond loczkami, ubrany w czarny płaszcz, ciemne jeansy i wysokie skórzane buty. Stał zwrócony twarzą do grupy znajomych dziewczynie ludzi, co oznaczało, że nie była w stanie dostrzec jego twarzy. Rebecca próbowała usłyszeć, co mówił, ale była za daleko i jedyne, co wychwycił jej słuch to niezrozumiałe urywki zdań. Stwierdziła, że to on jest tym, który dowodzi siłami wroga. Dziewczyna odruchowo podczołgała się bliżej grupy. Starała się poruszać jak najciszej i jak najdłużej pozostać poza zasięgiem ich wzroku.
-…, więc radziłby zachować spokój, o ile wam życie miłe.
Kiedy dziewczyna usłyszała te słowa jej łokieć niechcący natrafił na suchą gałązkę. Zatrzymała się i z przerażenia wytrzeszczyła oczy i wbiła palce w ziemię. Jej serce znacznie przyspieszyło, kiedy blondyn odwrócił się w jej stronę i spojrzał jej w oczy.
-Uciekaj!
Usłyszała krzyk Jack’a, po czym momentalnie zerwała się na równe nogi, odwróciła się plecami do wroga i zaczęła biec. Po jej pierwszych trzech krokach usłyszała strzał i poczuła niespotykany, palący ból z tyłu głowy, po czym straciła przytomność.
Jack widząc upadającą dziewczynę zaczął się wyrywać trzymającym go żołnierzom, za co jedynie został brutalnie pobity. Maggie stała nieruchomo i wpatrując się w miejsce, w którym upadła jej przyszywana siostra, opadła na kolana i zaniosła się histerycznym płaczem.

sobota, 9 listopada 2013

Prolog



Biegła przez las najszybciej jak tylko potrafiła. Nie zważając na okrzyki, które słyszała za sobą, nie zważając na ból zastałych mięśni. Pędziła przed siebie nie powstrzymując łez, spływających po jej obolałych, posiniaczonych policzkach. Nie chciała się zatrzymać mimo gróźb, co chwila rzucanych w jej kierunku. Nie ważne, że chcą ją zabić. Dla niej śmierć byłaby wybawieniem. Nareszcie mogłaby odpocząć od okrutnego świata. Od jego jeszcze okrutniejszego i brutalniejszego władcy. Wolała zginąć niż dać się złapać.
Żadne słowa, nie są w stanie odzwierciedlić jak cierpiała, jakiego doznała upokorzenia. Żadne słowa, nie są w stanie opisać tego, jaki teraz, sama sobie zadawała ból. Czuła jakby jej serce nagle stanęło w płomieniach, zaczynało się palić boleśnie i doszczętnie, lecz za każdym razem, kiedy ogień gasł, dając chwilę odpoczynku i kiedy myślała, że to już koniec, że sobie z nim poradziła, płomień rozpalał się na nowo, powodując jeszcze więcej cierpienia, niż poprzednio.
Jeden z pocisków kierowanych w jej stronę, uderzył w cienkie, niskie drzewo, obok którego właśnie przebiegła. Adrenalina dodawała jej sił do dalszej ucieczki. Nie chciała tam wracać, do niego, do cierpienia i upokorzenia, jakiego tam doznawała.
Ale nie chciała również zdradzić kryjówki swoich przyjaciół, co oznaczało, że musiała zmienić kierunek, w przeciwnym razie jego ludzie odnaleźliby jedyne osoby, które jej zostały. Nie chciała narażać ich, na jego okrucieństwo. Na jego łaskę, o ile w ogóle taki wyraz występował w jego słowniku.
Wszystkie zmysły dziewczyny łaknęły każdego skrawka tego potwora. Jej skóra pragnęła, choćby najmniejszego jego dotyku, jej słuch tęsknił za jego głębokim głosem, jej oczy mogłyby godzinami wpatrywać się w przenikliwą zieleń jego tęczówek, chciała czuć jego zapach w pobliżu, jego oddech na swoim karku.
Ale jednocześnie nienawidziła go. Chciała widzieć go martwego, chciała widzieć jego cierpienie, jego krew, nawet, jeżeli to ona miałaby zadać decydujący cios. Pragnęła jego śmierci tak bardzo, jak pragnęła jego obecności w pobliżu.
Cały czas zadawała sobie pytanie: czy to możliwe żeby poczuła coś do tego bezlitosnego potwora, przez którego tak cierpiała, przez którego została upokorzona? Nie mogła znieść najmniejszej myśli o tym, nie mogła czuć czegokolwiek więcej oprócz nienawiści do swojego oprawcy. Nie chciała czegokolwiek do niego czuć. Wolałaby nigdy go nie spotkać.
To właśnie przez niego jej dawny dom zmienił się w więzienie, z którego nie mogła uciec, przez tak długi czas. Przez niego, jej dotychczasowe życie zaczęło wyglądać, jak jej najgorszy senny koszmar, tylko tym razem rozgrywany na jawie. Przez niego płakała godzinami nad swoim losem, lecz nigdy w jego obecności, albo jego sługusów. Nie chciała żeby widzieli jej łzy. Nie chciała okazywać tego typu słabości przed nikim. A zwłaszcza przed nim.
Nagle znalazła się w jeszcze większej gęstwinie. Obejrzała się za siebie. To była jej szansa. Jego ludzie byli dalej niż kilka minut temu, postanowiła zatrzymać się przy następnym drzewie. Po chwili już opierała obolałe plecy o chropowatą korę. Cały czas słyszała krzyki ludzi, którzy ją ścigali. Zbliżali się. Wiedziała, że znajdą ją, jeżeli czegoś nie zrobi. Spojrzała na glebę pod swoimi stopami i zauważyła ciemny kamień wielkości pięści. Podniosła go najszybciej i najciszej jak tylko potrafiła, po czym nasłuchiwała. Zatrzymywali się. Nie wiedzieli, w którą stronę iść.
Dziewczyna powoli nabrała powietrza w płuca, zauważając, że jej dłonie trzęsą się jeszcze bardziej niż ostatnio. Wzięła zamach i rzuciła kamień w przeciwną stronę. Jego ludzie od razu ruszyli w stronę miejsca gdzie upadł kamień.
Kiedy większość odgłosów znalazła się, mniej więcej, poza zasięgiem jej słuchu, wyjrzała za drzewo. Widziała tylko otaczającą ją gęstwinę. Odetchnęła z ulgą i wróciła do swojej poprzedniej pozycji.
Na chwilę zamknęła oczy, próbując złapać równy oddech. I wtedy usłyszała ten głęboki głos, którego tak bardzo się obawiała:
-Wybierasz się dokądś skarbie?
Natychmiast otworzyła oczy i ujrzała twarz swojego oprawcy, na której malował się złowieszczy uśmiech. Odruchowo spróbowała się cofnąć, ale drzewo rosnące za nią uniemożliwiało wykonanie kroku w tył.
         Blondyn oparł dłonie na korze drzewa tuż nad jej ramionami. Na chwilę utkwiła wzrok w jego oczach. Wydawało jej się, że te intensywnie zielone tęczówki potrafią spojrzeć w głąb jej duszy. Nie miała dokąd uciec i to przez niego, co oznaczało, że będzie musiała tam wrócić. Do tego więzienia. Do dawnego cierpienia. Nie była w stanie opanować swojego płytkiego oddechu i zdała sobie sprawę, że to właśnie przez jego przenikliwy wzrok. Odwróciła głowę w prawo i skierowała swoje oczy ku ziemi.
         Zielonooki, uśmiechnął się jeszcze szerzej i delikatnie, lecz zdecydowanie chwytając jej podbródek, zwrócił jej twarz w swoją stronę, tym samym zmuszając ją do spojrzenia na niego. Kiedy mówił jego uśmiech znikał.
-Nie przejmuj się. Polowanie jeszcze się nie skończyło.
Na początku dziewczyna nie rozumiała, o co mogło mu chodzić, ale przypomniała sobie sposób, w jaki sprowadziła jego ludzi na inną ścieżkę. Momentalnie poczuła jeszcze większe ukłucie strachu. Wskazała im drogę do kryjówki jej przyjaciół. Spojrzała na niego z lękiem w oczach, a kiedy znów się uśmiechnął, obdarzyła go siarczystym policzkiem. Głowa blondyna odchyliła się w wyniku uderzenia.
-Staczasz się czarodzieju. Nie powinieneś dać się choćby dotknąć nędznej śmiertelniczce.
Powiedziała cichym, lecz pełnym jadu głosem. Nie odważyłaby się mówić głośniej w obawie, że jej głos mógłby się zachwiać, a dla niego byłaby to pewnego rodzaju satysfakcja. Odwrócił się do niej, a jego blond loczki opadały niesfornie na czoło. I mimo jego zimnego spojrzenia, zdołała zachować kamienny wyraz twarzy.
-Stajemy się coraz śmielsi, co? Ale to nie ważne, bo właśnie wydałaś swoich własnych przyjaciół. Brawo. Teraz może w końcu czegoś się od ciebie dowiem, skarbie.
-Dlaczego tak sądzisz?
-Ponieważ twoi przyjaciele, za kilka godzin będą w drodze do piekła.