poniedziałek, 2 listopada 2015

Zawieszenie

No moi drodzy, a raczej Ci, którzy jeszcze w ogóle tutaj zaglądają, wiadomość dość przewidywalna. Zawieszenie tego bloga, szczerze mówiąc nie sprawia mi zbyt dużego bólu, ponieważ z aktywnością przez długi czas było słabo i z Waszej z mojej strony, ale no cóż... Mogę jedynie powiedzieć, że rozszerzenia w liceum dają trochę kość, lecz to nie jest główny powód. Jest nim praca nad czymś zupełnie innym. Już przed wakacjami zaczęłam na poważnie pracować nad czymś bardzo ważnym i mam nadzieję, że całe dnie spędzone na pracy dadzą mi coś konkretnego, z czego będę dumna. Prace trwają i może pod koniec roku osiągnę swój cel. Jak na tą chwilę odstawiłam fanfiction całkowicie i nie tykam się go od kilku miesięcy, ale pewnie niedługo znów się za niego zabiorę. Tym razem o wiele porządniej. Jak na tą chwilę mówię Wam "do zobaczenia".
- Lola

niedziela, 6 września 2015

Rozdział 17

Eksperyment


         Na początku była bardzo przestraszona. Nie wiedziała co się dzieje, w jakim jest miejscu, co się stało, dlaczego nie może sobie niczego przypomnieć. Cały czas zadawała mu pytania i nawet nie czekając na odpowiedź mówiła, mówiła, mówiła. Bez przerwy. W pewnym momencie już przestał próbować jej pomóc. Pozwolił, aby słowotok sam przeszedł.
         Kiedy pierwszy szok minął przestała się odzywać. Wtedy zaprowadził ją do kuchni, gdzie czekała Carmen. Był środek nocy. Uzdrowicielka siedziała na wygodnym krześle przy dużym, szklanym stole, trzymając w dłoniach szklankę z bursztynową substancją w środku.
         Fandral posadził skołowaną Rebeccę obok Carmen, która niemal od razu wstała, wzięła dużą filiżankę, wsypała do niej kilka małych, brązowych ziarenek, po czym zalała wrzątkiem i podała dziewczynie.
         Bóg wstydu usadowił się naprzeciwko śmiertelniczki, a kiedy właścicielka domu znalazła się tuż przy nim zaczęli powoli i spokojnie wyjaśniać Rebecce, co się stało.
Czekali na jej pytania, ale milczała. Tylko uważnie słuchała, tego co mieli do powiedzenia i usiłowała sobie przypomnieć jakąkolwiek scenę, cokolwiek powiązanego z jej życiem przed obudzeniem się w miejscu, w którym właśnie się znajdowała.
         Zmarszczyła brwi i długo po zapadnięciu między nimi ciszy spojrzała w oczy Fandrala i zapytała bardzo cicho:
– Gdzie tak właściwie jestem?
Carmen, jako jedna z niewielu, znająca angielski zwróciła oczy ku mężczyźnie, siedzącym przy niej.
– Jesteś w Asgradzie – powiedział to takim tonem, jakby było to najoczywistszą rzeczą na świecie.
– Fandralu… Ona nie wiem, o co chodzi. Musisz jej wytłumaczyć – odezwała się Carmen w swoim ojczystym języku.
Rebecca cały czas patrzyła na nich pytającym wzrokiem, a kiedy frustrujący brak odpowiedzi zrobił się naprawdę nieznośny Carmen stwierdziła, że nie będzie czekać, aż jej były kochanek w końcu zdecyduje się coś z siebie wykrztusić i powiedziała:
– Taki z ciebie odważny żołnierz, a nie potrafisz wytłumaczyć zwykłej Midgardce, gdzie jest. Jesteś wspaniały Fandralu – ostatnie zdanie, nawet nie zrozumiałe przez Rebecce, wręcz ociekało sarkazmem.
–W Midgardzie mogłaś słyszeć o mitologii nordyckiej… słyszałaś? – zapytała łagodnie już po angielsku, a Rebecca przytaknęła to był jej odruch, więc jak tylko zorientowała się, co zrobiła, zmarszczyła brwi i odezwała się cicho:
– Nie. Nie wiem. Nie pamiętam niczego… wszystko, co się działo przed tym ostatnim, okropnym bólem… jedna, wielka, czarna dziura. Nie mam pojęcia, co wcześniej robiłam, gdzie mieszkałam…
         Zapanowała cisza. Teraz Carmen nie wiedziała, jak powinna zareagować.
– Ale pamiętasz mnie… – stwierdził zamyślony Fandral.
– Tak.
– Jak?
– Nie wiem…


***


         Posiadłość Caroline była ogromna. Jej rodzina zawsze miała dużo pieniędzy i pławiła się w luksusach, ale najgorsze dla nastolatki było to, że zawsze była sama. Ewentualnie z opiekunką albo gosposią. Rodzice całe dnie spędzali w pracy, a ona jak nie była w szkole niemiłosiernie się nudziła. Chociaż od czasu do czasu zdarzało jej się wyjść z grupką znajomych, którzy stali się dla niej jednymi z najważniejszych ludzi, którzy byli w stanie ją wesprzeć, być z nią kiedy miała jakiś problem. Mogła im zaufać i rozumiała, że najważniejszymi wartościami powinny być między innymi przyjaźń, miłość i współczucie. Oczywiście nigdy nie wiadomo, kiedy szał pieniędzy uderzy komuś do głowy, dlatego lepiej nie osądzać, co mimo wszystko liczyło się dla niej najbardziej.
         Caroline siedziała w olbrzymim salonie z Maggie i Grace. Krople deszczu bębniły o szyby okien, a w środku posiadłości, w kominku spokojnie płonął ogień.
Maggie robiła coś na telefonie, a przyjaciółki siedziały na zupełnie oddzielnej kanapie, pijąc kawę i co jakiś czas zerkając na przyrodnią siostrę Rebeccki.
– Przeszkadza ci tutaj? – zapytała ściszonym głosem Grace.
– Nie. Szczerze mówiąc myślałam, że będzie o wiele gorzej. Po pierwszej godzinie jej pobytu domyśliłam się, że łatwo ją przekupić, więc nie jest źle.
– Na pewno nie chcesz, żeby pomieszkała teraz z kimś innym?
– Na pewno.


***


         Pogoda na zewnątrz była okropna. Nieprzeciętnie niska temperatura, ulewny deszcz, który zamieniał ulice w płytkie strumienie i odgłosy zwiastujące burzę. Nikomu nie widziało się wychylić nosa zza drzwi własnego domu, a jednak pewien młody chłopak stał teraz na krawędzi urwiska. Przemoczony do suchej nitki w ubłoconych butach i spodniach. Zaciskał pięści, a wzrok miał utkwiony w czerń prawie pod sobą. Podobał mu się ten widok. Na granicy ziemi i dziury w niej, znajdowały się skały porośnięte mchem i małymi drzewami, a potem coraz głębsza przepaść, coraz bardziej porośnięta różnymi roślinami, skrywającymi dno.
         Zimne krople spływały z jego włosów na twarz. Marzł, ale mimo wszystko stał na krawędzi urwiska i wsłuchiwał się w odgłosy nadchodzącej burzy. Zaczerpnął powietrza w płuca i zamknął oczy.
Po dłuższej chwili w jego głowie zaczęły krążyć słowa: Już nie jesteś potrzebny.
         Przytłaczały go, stawały się coraz głośniejsze, coraz bardziej natarczywe, aż w końcu zabrzmiały jak rozkaz. Czarnowłosy mulat otworzył oczy i znów spojrzał w czerń.
         Zrobił tylko jeden, pewny krok. I tak nie miał nic do stracenia.


***


         Życie w Pałacu trwało dla jego mieszkańców całą dobę, szczególnie dla skrzydła szpitalnego. Medycy i pielęgniarki czuwali przy rannych i cierpiących bez przerwy. A ostatnimi czasy największą sensację stanowiła przywrócona do życia kobieta. Od czasu odzyskania świadomości nie odezwała się ani słowem do nikogo. Jedynie, kiedy medyk pytał czy dobrze się czuje kiwała głową albo wzruszała ramionami. Wszyscy, którzy się nią zajmowali podejrzewali, że nie potrafi mówić, pomimo tego iż podczas wcześniejszego życia potrafiła pięknie śpiewać.
         Kobieta obdarzona imieniem Sigyn trwała pogrążona w swoich myślach. Pamiętała wszystko, co robiła od czasów dzieciństwa, lecz nie pojmowała kilku ważnych rzeczy – dlaczego nie spotkało ją to, co zwykle spotyka umarłych? Dlaczego nie obudziła się w Królestwie Zmarłych? Dlaczego i jakim prawem ciągle żyje? I kto jest za to odpowiedzialny? Nie… Przecież doskonale wiem, kto się do tego przyczynił.
         Kontemplacje dziewczyny przerwał dźwięk otwierających się drzwi. Do pokoju wszedł szczupły, niski mężczyzna, który zajmował się nią od kiedy odzyskała przytomność.
– Witaj Sigyn, dobrze się dzisiaj czujesz? – zapytał, uśmiechając się przyjacielsko.
– Chciałabym… – zaczęła bardzo cichym i słabym głosem – porozmawiać z nim.
Medyk nie wiedział o kim mówi jego pacjentka, ale cieszył się, że nareszcie postanowiła się odezwać.
– Z kim chciałabyś porozmawiać, moja droga?
Milczała przez następne kilka minut, po czym spojrzała w oczy mężczyźnie i nawet nie zdążyła otworzyć ust, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie. Oboje spojrzeli w tamtym kierunku.
         Mężczyzna ukłonił się, widząc króla.
– Witaj, Panie. Bardzo mi przykro, ale…
– Wynocha. – rozbrzmiał mocny głos władcy.
– Panie, obawiam się, że pacjentka nie jest jeszcze w stanie…
– Nie obchodzi mnie to. Powiedziałem: wynocha! – warknął, a medyk skulił się w sobie, pokłonił, wymamrotał krótkie przeprosiny i wyszedł zostawiając w pokoju tylko Sigyn i Loki’ego.
         Kobieta chciała wstać i złożyć pokłon swojemu nowemu królowi, ale kiedy tylko szybko zerwała się i stanęła na własnych nogach, zachwiała się, zakręciło jej się w głowie i całkiem straciła równowagę, lecz Loki szybko zrozumiał, co się dzieje i niemal z prędkością światła pojawił się tuż przy niej, chroniąc Sigyn od upadku.
– Głupia… – odezwał się bardzo cicho, a potem trochę głośniej dodał – jeszcze za wcześnie żebyś wstawała – jego głos nie zdradzał żadnych uczuć.
Trwali tak przez chwilę w milczeniu, ponieważ ona nie zamierzała odpowiedzieć, a on nie chciał nic więcej dodawać. W końcu podniósł się i posadził ją na łóżku, sam jednak przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko niej.
         Patrzył na kobietę, która jeszcze nie dawno była zimnym trupem, a teraz została jego największym dziełem.
Długie, blond loki spływały po jej drobnych ramionach, sięgając niemal do pasa. Szczupłe ciało, na którym spoczywała jedna zwiewna, cienka, biała szata. Piękna twarz z delikatnie zarysowaną szczęką, wyraźnymi kośćmi policzkowymi, prostym nosem i dużymi oczami, skrywającymi błękit oceanu.
         Tak. To było jego dzieło. Siedziała teraz prosto na łóżku, pewna siebie, ale jednocześnie skryta. Nie zdawała sobie sprawy, że materiał trochę prześwituje. Loki, zauważywszy to, zdjął marynarkę, którą akurat na sobie miał i podał jej.
         Spojrzała na niego podejrzliwie, więc wyjaśnił:
– Szaty pacjentów nieco prześwitują, jesteś pewna, że chcesz, abym cię taką oglądał?
Mag zauważył iż jej policzki nabrały różowawego koloru. Bez słowa wzięła marynarkę Loki’ego i okryła się nią trochę się kuląc.
– Dlaczego nie jestem w Helheim? – zapytała cicho, patrząc mu w oczy, z których nie potrafiła niczego wyczytać.
Mężczyzna oparł łokcie na kolanach, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Doskonale wiedział, że Sigyn jest zagubiona i nie rozumie tego, co się stało, ale z pewnością niedługo będzie się cieszyć, że ciągle żyje.
         Milczał jedynie się w nią wpatrując. Należała do niego, choć pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy. W końcu westchnęła zrezygnowana, nie spodziewając się już odpowiedzi.
– Niczego mi nie wytłumaczysz, prawda? – zapytała, zakładając ręce na piersiach.
– Co będę miał z tego, że ci wszystko powiem? – odpowiedział pytaniem na pytanie, po dłuższej chwili milczenia.
– Co musiałabym zrobić…
– Właściwe pytanie – przerwał jej – to: co jesteś w stanie zrobić?
         Znów zapadła cisza. Nie wiedziała, nie była pewna, czego Loki będzie od niej chciał w zamian za informacje na jej temat. Ale czuła, że życie w niewiedzy prędzej czy później wykończyłoby ją, tym bardziej, że zawsze była ciekawska i zawsze musiała wiedzieć wszystko, co jej dotyczy.
Odwróciła wzrok i powiedziała bardzo cichym głosem:
– Wszystko.
– Nie dosłyszałem – stwierdził mężczyzna.
– Jestem gotowa zrobić wszystko, czego będziesz ode mnie wymagał, w zamian za przekazanie mi wiedzy na mój temat – wyraźnie zaakcentowała słowo „mój”.
– Dobrze – stwierdził, po czym wstał i gwałtownie nachylił się nad kobietą, łapiąc ją za ramiona i przyciskając do ściany. Jej serce przyspieszyło, źrenice rozszerzyły się. Bała się. I on dobrze o tym wiedział. Żywił się strachem innych istnień.
– Nie gwarantuję, że nie zrobię ci krzywdy – wyszeptał lodowatym głosem tuż przy jej uchu, po czym szybko odsunął się od Sigyn i idąc do drzwi dodał – poczekam aż będziesz w stanie funkcjonować poza skrzydłem szpitalnym.
         Po tych słowach wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi i zostawiając drżącą z przerażenia kobietę samą.


***


         Południe na rynku to istny chaos. Handlarze krzyczą cały czas zachwalając swoje produkty, kupujący śmieją się, głośno rozmawiają, plotkują. I to ta ostatnia czynność stała się najważniejsza i najprzydatniejsza dla uszu nowo przybyłego gościa. Całymi dniami wysłuchiwał różnych głupot, ale z czasem pojawiły się ważne informacje.
         Mężczyzna siedział oparty plecami o jesion na środku placu i zaczął się przysłuchiwać grupce kobiet, które na początku swojej rozmowy śmiały się i opowiadały o swoich dzieciach, lecz nagle jedna z nich zmieniła temat.
– W Pałacu chodzą słuchy, że panienka Sigyn w końcu się obudziła.
– To wspaniale! Nareszcie ta zaradna duszyczka będzie mogła wrócić do nas cała i zdrowa – zachwycała się jedna.
– Nie wiadomo czy zdrowa, moja droga, w końcu królem nie jest już nasz szanowany Wszechojciec Odyn – zauważyła druga, pulchniejsza kobieta.
– I co w związku z tym? – zapytała trzecia, wyglądająca trochę jak jaszczurka z twarzy.
– To, że wszyscy doskonale wiemy, jaki naprawdę jest Loki – odpowiedziała pulchna.
– Sigyn długo była służką królowej Friggi, więc może jednak ten potwór oszczędzi to biedne dziewczę – westchnęła pierwsza z nich.
– Ją może tak, ale nie chciałabym być na miejscu Midgardki, którą tutaj ściągnął. Dobrze, że tylko na chwilę. Podobno jej teraz szukają, a Einherjerzy widzieli tego, kto jej pomógł – odezwała się jaszczurza twarz.
– I bardzo dobrze. Ten który jej pomógł też sam się wyzwolił spod tyrani Loki’ego. Mam nadzieję, że ta biedaczka uciekła od niego na dobre. A jeszcze lepiej byłoby gdyby wróciła do domu. Nie wiadomo co może się z nią stać – odpowiedziała pulchna.
– Pewnie w najlepszym przypadku zostałaby jego osobistą dziwką – skomentowała pierwsza z nich.
         Midgardka w Asgardzie? To pewnie ta, którą miał się zająć Luke… – Przysięgam bracie, pomszczę cię – Ale gdzie mogłaby uciec? I skoro Einherjerzy widzieli osobę, która jej pomogła, to znaczy, że musiał to być ktoś, kogo od przynajmniej dwóch może trzech dni nie ma w Pałacu…


***


         Bóg wstydu wraz z Carmen wyjaśnili Rebecce wszystko, co powinna wiedzieć. Śmiertelniczka próbowała zrozumieć wszystko, co do niej mówią, ale i tak stwierdziła, że musi to sobie jakoś poukładać w głowie i przez kolejne pół nocy zadawała im przeróżne pytania. Kiedy cała trójka miała już powoli dość tego wszystkiego, bo byli niesłychanie zmęczeni ciężką, nieprzespaną nocą, do kuchni wpadły pierwsze promienie wschodzącego słońca.
         Carmen stwierdziła, że dłużej nie wytrzyma i potrzebuje chociaż krótkiego czterogodzinnego snu. Niedługo po niej Fandralowi i Rebecce również zaczęły się kleić oczy. Mężczyzna odprowadził dziewczynę do pokoju, a ta w ostatnim momencie zawahała się.
– Śpij dobrze Matt...
– Ty również Rebecco.
– Czekaj. Ta kobieta, która mnie wyleczyła… Zwracała się do ciebie zupełnie inaczej. Jak ona mówiła…?
– Rebecco, proszę nie wyciągaj pochopnych wniosków.
– Fandral, tak? I znała cię od bardzo dawna. – dziewczyna nagle zrozumiała, że nie ma do czynienia ze zwykłym śmiertelnikiem, takim jak ona, lecz z kimś zupełnie innym – Myślałam, że jesteś taki jak ja. Zaufałam ci! A ty mnie oszukałeś. Od samego początku okłamywałeś mnie i nawet nie zamierzałeś powiedzieć prawdy!
– Rebecco zrozum… Musiałem to ukrywać. To, że pochodzę stąd, że miałem cię tylko pilnować… Te kilka tygodni spędzonych razem dużo dla mnie znaczy, przywiązałem się do ciebie – mówił prawdę, przywiązał się do śmiertelniczki, ale mimo wszystko i tak nie chciał zdradzić jej tego, kim naprawdę jest – nie chciałem żeby tak wyszło…
         Zraniona Midgardka pod wpływem nerwów zamachnęła się i spoliczkowała Boga wstydu. Już się nie odezwał, a ona wysyczała:
– Myślałam, że chociaż tobie mogę ufać.
Odwróciła się i zatrzasnęła za sobą drzwi, a Fandral westchnął zrezygnowany, pojmując, że powinien na samym początku powiedzieć jej kim jest. Nawet jeżeli by go wyśmiała i uważała to za żart. Ale to przecież jedna głupia śmiertelniczka. Nie zależy mi. Przejechał palcami po swoich blond włosach i powoli podążył w kierunku salonu, żeby zająć kanapę.
         Przechodząc koło sypialni Carmen zawahał się. Może jednak umili sobie i jej ten poranek? Uchylił drzwi i zobaczył kobietę w samej bieliźnie, czeszącą włosy przed lustrem. Uśmiechnął się łobuzersko, a ona tylko westchnęła.
– Odpowiedź brzmi: „nie, Fandralu” – odezwała się po asgardzku.
Mężczyzna zamknął za sobą drzwi i podszedł do niej z kocią gracją. Położył dłonie na jej talii i oparł podbródek o jej ramię. Carmen odłożyła szczotkę na szafkę koło zwierciadła, a Bóg wstydu wymruczał:
– Zawsze chciałem się z Tobą kochać przed lustrem.
– Słyszałam sprzeczkę z Midgardką. Jak się z tym czujesz?
– Nie zależy mi – odpowiedział, wzruszając ramionami.
         Dłonie Fandrala zaczęły muskać szczupły brzuch kobiety, a jego usta irytująco delikatnie całowały jej szyję. Carmen odchyliła głowę, opierając ją na ramieniu mężczyzny. Palce jej dłoni splotły się z jego palcami, wędrującymi teraz w kierunku jej piersi.
– Może pójdziemy pod prysznic? Niech twój obrażony pupilek posłucha, jak bardzo obchodzą cię jej fochy.
Uśmiechnął się przy jej skórze, po czym uzdrowicielka stanęła z nim dosłownie twarzą w twarz. Nachylił się i pocałował ją delikatnie.
– Myślałem, że odpowiedź brzmi: „nie, Fandralu” – wymruczał.
– Tylko jeżeli zapytasz, czy doszłam – odpowiedziała, mrugając do niego.
– O ty mała, wredna… – przerzucił sobie kobietę przez ramię i zaczął iść w kierunku łazienki, nie zwracając uwagi na jej sprzeciw przerywany śmiechem.
         Kabina prysznicowa, której podłoga i ściany zostały wykonane z rzadkiego i bardzo drogiego materiału przypominającego granit o bladobłękitnym kolorze, nie należała do najmniejszych. Przyjemnie ciepła woda spływała na ich nagie ciała, które trwały bardzo blisko siebie. Ich usta były niemal nierozłączne, a dłonie błądziły po ciałach.
         Mężczyzna przyparł kobietę do ściany i zaczął żarliwie całować jej szyję. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, zatapiając palce w jego włosach i ciągnąc je. Jego dłoń do tej pory zaciskająca się na jej ramieniu zaczęła zsuwać się na pierś, potem brzuch i kiedy muskała jej skórę, nagle oboje usłyszeli dźwięk obwieszczający czyjeś pukanie do drzwi wejściowych.
– Ktokolwiek to jest może poczekać… – powiedział cicho Fandral, a kobieta, słysząc ciągłe dobijanie się, odpowiedziała:
– Ktokolwiek to jest szybko nie odejdzie, pójdę go spławić.
Wyślizgnęła się z objęć Boga wstydu i okrywając swoje ciało jedynie zwiewnym, lekko prześwitującym, kremowym szlafrokiem wyszła z łazienki, zostawiając go samego.
         Nie włączała światła. Cicho podchodząc do drzwi wyjrzała przez małe, dyskretne okienko. Nikogo się nie spodziewała, ale widok Einherjerów tutaj wcale by jej nie zdziwił.
Na dworze było już jasno, choć gałęzie drzew przysłaniały nieco blask słońca. Carmen dostrzegła zakapturzoną postać. Może to Vidarr…? Ale czego on chciałby ode mnie tak wcześnie?
         Znów rozległo się pukanie, postanowiła otworzyć. Jakież było jej zaskoczenie, kiedy ujrzała twarz nowego władcy Asgardu.
Automatycznie poczuła obrzydzenie i pogardę do jego osoby. Loki kiedyś uczył ją magii uzdrowicielskiej. Wszystko było w porządku, szło im nawet bardzo dobrze… dopóki się nie przespali. Carmen po tym wydarzeniu, czując się zażenowana tym faktem, nie wyobrażała sobie ich dalszej współpracy. Później sama kontynuowała naukę i stała się jedną z najlepszych, nie chcących pracować w Pałacu, uzdrowicielek w całym Asgardzie, a może i nawet we wszystkich Dziewięciu Kraina.
         Carmen zaczęła drwić z jego statusu społecznego, puszczając poły szlafroka i jednocześnie odsłaniając nieliczne fragmenty jej nagiego ciała. Zaczęła szybko i przesadnie poprawiać wilgotne włosy, mówiąc ironicznym głosem:
– Och, wybacz mi Panie, że zastajesz mnie w takim stanie. Zapomniałam poprosić mojego osobistego fryzjera, żeby ułożył moje włosy w coś wykwintnie wyglądającego, specjalnie w razie twojej niespodziewanej wizyty.
Loki przewrócił oczyma, po czym zdejmując kaptur z głowy powiedział krótko i poważnie, ignorując złośliwości kobiety:
– Doskonale wiesz, z jakiego powodu tu jestem.
Uzdrowicielka założyła dłonie na piersiach, opierając się o framugę drzwi. Zmierzyła go badawczym wzrokiem i zatrzymując się na jego twarzy odpowiedziała, drwiąco:
– Nie mów, że plotki o tym, że uciekła ci ta mała Midgardeczka są prawdą. To oznaczałoby, że naprawdę nie zasługujesz na tron, bo  nie potrafisz upilnować nawet kogoś tak mało znaczącego, a  jednak przebywającego tutaj. W Asgardzie.
– Widziałaś ją? Z Fandralem? – zapytał, tracąc powoli cierpliwość. Carmen zmarszczyła brwi, doskonale udając zdziwienie.
– Fandral jest tutaj. Konkretniej właśnie uciekłam mu spod prysznica. Ale Midgardki z nim nie było.
– Ciekawe, bo to właśnie on pomógł jej uciec.
– Może zostawił ją u kogoś, kto zgodziłby się przyjąć do siebie tak marne stworzenie. Zresztą… dlaczego nie zapytasz wszechwiedzącego Heimdall’a?
– Ponieważ sam chcę dojść do tego, gdzie jest – zaczął mówić niskim, groźnym głosem, podchodząc coraz bliżej – żebym mógł sam pozbawić jej żywota w największych męczarniach, w konsekwencji jej bezmyślnej ucieczki, a tego, kto ją krył czeka więzienie o zaostrzonym rygorze, gdzie więźniowie nieraz tracą życie na skutek jednego uderzenia bata, który zdziera skórę i mięso z ich kości.
– Jesteś okrutny – skomentowała, patrząc mu w oczy. Stał tuż przy niej i wyszeptał:
– I to cię podnieca. I napawa strachem. Twoje serce przyspieszyło, dłonie zaczęły się delikatnie pocić, źrenice stały się szersze, spięłaś się… A ja żywię się strachem. – ostatnie zdanie wyszeptał jej do ucha, a kobietę przeszedł dreszcz. – Ten szlafrok nie zasłania zbyt wiele – stwierdził uśmiechając się.
– Nie mam Midgardki – wyszeptała z pewnością siebie.
– Wierzę ci – i naprawdę jej wierzył. A przynajmniej sprawiał takie wrażenie.
         Carmen chciała się cofnąć, ale on złapał ją za ramiona i przycisnął swoje usta do jej ust. Całował ją żarliwie, a ona pomimo pewnego rodzaju strachu odwzajemniała jego gesty. Zacisnęła palce na jego ramionach, wbijając paznokcie w skórę. Podniósł ją, a kobieta oplotła nogami biodra mężczyzny. Oparł ją plecami o ścianę, jedną dłoń zaciskając na jej udzie, a drugą trzymając w jej włosach.
Przesunęła palce na jego kark, kiedy zaczął całować jej szyję.
– Fandral jest w domu… – wysapała, a Kłamca, odpowiedział bez cienia emocji w głosie:
– Nie szkodzi.
         Wplotła palce w jego włosy, a on trzymając ją mocno przeszedł do salonu, gdzie usiadł na kanapie dalej zawzięcie, pieszcząc jej szyję. Kobieta zaczęła rozpinać jego koszulę i prawie skończyła swoje zadanie, kiedy oboje usłyszeli odchrząknięcie. Odwrócili się w kierunku, z którego dochodził ten odgłos i zobaczyli pół nagiego Fandrala, na którego biodrach utrzymywał się - bardzo luźno - krótki ręcznik. Patrzył z niedowierzaniem na Lokiego, który uśmiechnął się szeroko, ale z nutką pogardy, i powiedział:
– Witaj, żołnierzyku. Wybacz, ale nie szukamy dodatkowej osoby.
Fandral, widząc uśmieszek Kłamcy nie miał zamiaru się powstrzymywać. Podszedł do nich, chwycił Lokiego za koszulę i nie zważając na protesty i uwagi Carmen, wywlókł go na zewnątrz.
         Bóg wstydu był silniejszy fizycznie od swojego obecnego rywala, ale to nie zmieniało faktu iż powinien się go obawiać. Nie wielu potrafi posługiwać się tak niebezpieczną magią. Jednym z tych „niewielu” był właśnie obecny władca Asgardu. Mistrz podstępu, kłamstwa, sprytu i magii.
         Zaczął się śmiać, kiedy Fandral – żołnierz, służący w królewskiej armii – rzucił go na ziemię. Mag tylko wykonał nikły gest dłonią, sprowadzając blond włosego mężczyznę do parteru.
– Uważaj z kim zadzierasz, Fandralu.
– Nigdy się ciebie nie obawiałem…

– A powinieneś – stwierdził Loki, po czym wysłał wiązkę ciemnozielonego światła w jego stronę i zniknął.

środa, 25 marca 2015

Rozdział 16

Witam, moi drodzy, oddani czytelnicy :D
Bardzo przepraszam za taką zwłokę. Minęło dużo czasu od mojej ostatniej obecności tutaj i niestety nie mam jak się wytłumaczyć. Mogę jedynie powiedzieć, że przepraszam za tą nie obecność, ale rozdział raz na miesiąc jest ;)

Ach! No i dzisiaj dzień czytania Tolkiena :D  obchodzicie? ;D

>>>>>>ciągle nie poprawiony, ale jest<<<<<<<<






http://cdnimg.visualizeus.com/thumbs/fb/c4/avengers,eidolon,fanart,loki,thor-fbc4072ef25557e562027b6efca5cb0c_h.jpg


I btw LOTR:







Enjoy :D





         Blond włosa kobieta przyjęła swojego kochanka wraz z ranną dziewczyną. Wystarczyło jej jedno spojrzenie, żeby ocenić stan poszkodowanej. Istniały bardzo nikłe szanse na uratowanie jej życia. Nawet jak na mieszkankę Asgardu. Była przekonana, że ta młoda dziewczyna jest stąd. Zwykły śmiertelnik nie byłby w stanie przeżyć tylu złamań i uszkodzeń ciała… No może mógłby przeżyć… Pierwszą dobę po tak nieszczęsnym wypadku. Nie więcej.
         Fandral przez całą noc czuwał przy nieprzytomnej Rebecce. Przyglądał się i starał pomagać Carmen w dezynfekowaniu ran i nastawianiu kości, ale tak naprawdę przydał się tylko przy tym drugim.
Medyczka przemywała rany dziewczyny ciepłą wodą z ziołami i wtedy, w środku nocy, zapytała siedzącego obok wojownika:
– Pochodzi zza gór?
– Słucham?
– Dziewczyna. Czy wcześniej mieszkała za górami? Bo głównie w tamtych rejonach stosowane są tego typu tortury, że tak to nazwę.
– Jest Midgardką.
Kobieta, do tej pory zmywająca krew z twarzy nieprzytomnej, teraz przestała i spojrzała z niedowierzaniem na Fandrala.
– Jest kim?!
– Midgardką. Śmiertelniczką.
– Dopiero teraz mi to mówisz?!
– Dopiero teraz zapytałaś, moja droga.
– To nie ma nic do rzeczy! Śmiertelnicy z Midgardu nie maja prawa tutaj przebywać! Pomagając jej, właśnie w tej chwili, łamię pieprzone prawo!
– A żeby to pierwszy raz…
– Zabierz ją tam z powrotem. Niech tamci lekarze się nią zajmą.
Carmen wstała i chciała wyjść z pomieszczenia, w którym przebywali, ale mężczyzna złapał ją za ramię i zaczął mówić, patrząc jej w oczy:
– Tam spiszą ją od razu na straty. Nie bez powodu przyszedłem do ciebie. Jesteś najlepsza w tym fachu i szkoda, że Korona tego nie widzi...
– Nigdy nie zgodziłabym się pracować dla Korony, Fandralu.
– Wiem to. Bo pomagasz tylko tym, którzy naprawdę tego potrzebują. I wiesz kiedy ktoś nie ma szans na przeżycia, ale błagam Carmen… Musisz jej pomóc.
– Co będę z tego miała?
Fandral wstał, przejeżdżając delikatnie palcami dłoni po jej ramieniu. Najpierw przez chwilę patrzył na jej usta, a później przesunął dłoń na jej szyję. Kciukiem pogładził jej policzek i spojrzał jej w oczy. Poczuł drobną dłoń na nadgarstku i wymruczał, błądząc wzrokiem po jej pięknej twarzy:
– Mogę zapewnić ci wszystko, czego sobie zażyczysz, moja słodka Carmen.
– Nawet ochronę przed Koroną? – zapytała cichym głosem.
– Nawet ochronę przed Koroną.
Nachylił się powoli, zbliżając swoje usta do jej, ale kobieta w ostatniej chwili, kiedy już czuła oddech wojownika na swojej skórze i kiedy ich usta dzieliły jedynie puste milimetry odwróciła się do nieprzytomnej Rebeccki, mówiąc pewnym głosem:
– Świetnie. Teraz przynieś mi więcej ciepłej wody i przygotuj się na nastawianie kości, mięśniaku.


                                               ***


         Nad ranem, kiedy Słońca jeszcze nie było widać, ale gwiazdy już powoli znikały z nieba, które stawało się jaśniejsze z godziny na godzinę, w drzwiach jej posiadłości pojawił się tajemniczy przybysz.
         Zakapturzony, wysoki mężczyzna o szerokich barkach. Jego twarz nie była widoczna przez ubiór i półmrok na dworze, ale Carmen doskonale wiedziała, kto stoi przed jej posiadłością. Zawsze mogła mu zaufać. Jest w końcu Bogiem znanym z milczenia. Wpuściła go do środka.
         Mężczyzna wparował do środka, wyglądając na opanowanego, ale kobieta wiedziała, że tylko udaje.
– Fandral u ciebie jest ­– stwierdził obojętnym tonem, zdejmując płaszcz.
– Owszem.
– Znowu przyszedł, bo znudziły mu się dziwki z burdelu?
– Nie. Uznał, że jestem najlepszą uzdrowicielką, czyniącą cuda.
– I ma rację – wyszeptał, całując Carmen w policzek.
         Kobieta uśmiechnęła się pod nosem i wzięła okrycie od swojego gościa.
– Jesteś spięty. Co się stało? – zapytała odwieszając jego płaszcz na haczyk zamocowany w ścianie.
– Nasz wspaniałomyślny król sprowadził Midgardkę.
– W jakim celu? – zapytała ostrożnie.
– Jeszcze nie wiem, ale słyszałem, jak mówił, że musi się jej pozbyć. Na wszelki wypadek.
– Nie rozumiem.
– Podobno wymazał jej pamięć, ale nie chce, żeby w jakikolwiek sposób mu zagrażała. Oczywiście nie wierzy w to, że ktokolwiek będzie jej tutaj słuchać, tym bardziej, że nie zna języka, ale może się okazać iż pamięta w jaki sposób pozbył się jej pamięci.
– Z tego, co wiem to dość bolesny rytuał. Z tego, co tam przez chwilę słyszałem, tak. W jakiś sposób opuściła Pałac. Zarządził poszukiwania za kilka dni.
         Zamarła.
– Coś nie tak? – zapytał, widząc jej reakcję.
– Usiądziesz w kuchni? Musimy porozmawiać.


                                               ***


         Kiedy po raz kolejny zdezynfekował jej rany i stwierdził, że potrzebuje chwili przerwy, zostawił nieprzytomną Rebeccę w ciepłym pokoju, a sam udał się do kuchni w celu zrobienia czegoś do picia. Zdecydowanie nie nadaję się na pielęgniareczkę…
         Nawet nie zauważył kiedy zaczął podsłuchiwać rozmowę toczoną w kuchni, pomiędzy Carmen a Vidarrem – patronem milczenia i jednocześnie przyjacielem właścicielki tego domu.
– Załóżmy, że całkiem hipotetycznie, ja albo ktoś mi bardzo… No może nie bardzo, ale bliski lub po prostu znajomy bądź znajoma, z którą mam kontakt, jest w posiadaniu obiektu poszukiwań. Jakie to niesie za sobą konsekwencje?
         Kobieta głośno myślała, a po jej słowach zapadła cisza. Vidarr albo zastanawiał się nad pytaniem albo wiarygodnością hipotetyczności słów, które właśnie usłyszał. Fandral nie miał pojęcia, o co im chodzi, więc z ciekawości nasłuchiwał dalej, wyczekując, podobnie jak Carmen, odpowiedzi Vidarra.
– Jestem pewien, że Einherjerzy doskonale wiedzą kto, jako ostatni z nią przebywał i zaczną poszukiwania poprzez tego nieszczęśliwca.
– Jak to „poprzez” niego…? Albo nią?
– Najpierw znajdą tą osobę, przeszukają mieszkanie, w między czasie, wypytując o wszystko, a jeżeli ją znajdą pociągną, osobę ukrywającą do odpowiedzialności prawnej, co znając naszego łaskawego władcę skończy się więzieniem lub wygnaniem.
– A w najgorszym razie?
– Targiem.
         Carmen zamilkła na dłuższą chwilę, zastanawiając się czy chce znać odpowiedzi na kolejne pytania. Dużo słyszała o czynach nowego króla i wcale ją nie ciągnęło do zadzierania z nim.
– Co z osobami, które współpracowały z ukrywającym?
– Nie wiem. Może ograniczy się do grzywny i do podpisania umowy o poufności. Może.
         Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale mężczyzna ją uprzedził i zapytał beznamiętnym tonem:
– Czy ta Midgardka jest u ciebie?
         I właśnie w tym momencie Fandral uznał, że czas przerwać tą rozmowę.
Wszedł do kuchni pewnym krokiem. Patron milczenia jedynie spojrzał na niego pogardliwie, a Carmen całkiem odwróciła wzrok. I właśnie w tym momencie Vidarr zrozumiał co się dzieje.
Wstał, podszedł szybkim krokiem do Boga wstydu i chwycił mocno poły jego koszuli.
– Z kim tutaj przyjechałeś?!
Vidarr napierał na Fandrala tak, że ten drugi cofał się aż dalsze kroki uniemożliwiła mu ściana.
Byli mniej więcej tego samego wzrostu. Blondyn mężczyzna w tej sytuacji, widząc wściekłość w oczach przeciwnika wydał się lekko skulić.
– Sam…
– Nie próbuj mnie okłamywać, pieprzone siedlisko chorób wenerycznych!
         Carmen, dostrzegłszy stan przyjaciela musiała interweniować. Próbowała odciągnąć Vidarra od Fandrala, ale on nie reagował na nią.
– Vidarrze daj spokój!
– Myślisz, że jestem na tyle głupi, żeby nie pokojarzyć faktów? Z Pałacu nagle znika Midgardka, którą ty próbowałeś chronić od cierpienia, zjawiasz się tutaj, mówiąc Carmen, że jest wspaniałą uzdrowicielką i wcale nie masz na myśli jakichś seksualnych sztuczek…
         Bóg wstydu uśmiechnął się w reakcji na ostatnie słowa i zapytał z iskierką radości w oczach:
– Skąd wiesz, że nie było w tym żadnej innej intencji?
         Wściekły Vidarr jeszcze bardziej naparł na przeciwnika i stwierdził rozeźlony:
– Jeżeli tutaj przebywa i ty i Carmen jesteście w beznadziejnej sytuacji. I szczerze mam nadzieję, że zwłaszcza ciebie nowy król wyśle na Targ. Bez jakiejkolwiek możliwości powrotu!
         Patron milczenia puścił Fandrala, po czym wyszedł najpierw z kuchni, a potem z domu bez słowa.


                                               ***


         Musiał w końcu zacząć myśleć, jak wyjaśnij całą tą sytuację Rebecce. Ale nie miał pojęcia, co powiedzieć, kiedy zapyta go o cokolwiek związanego z tym światem. Wytłumaczę jej wszystko po kolei. Może przybliżę trochę… jak to się nazywało w Midgardzie? Mitologia nordycka? Chyba tak. Może to dobry pomysł…
         Carmen wyszła z pokoju, w którym od dwóch dni przebywała nieprzytomna śmiertelniczka.
Kobieta skinęła na niego, co mogło oznaczać tylko jedno – obudziła się.
         Chciał od razu wejść do pomieszczenia, ale uzdrowicielka zastąpiła mu drogę i spojrzała w oczy, po czym odezwała się:
– Jest w szoku. Zapewni ją, że nie ma się czego bać i jest bezpieczna. Vidarr wspomniał, że Król wymazał jej pamięć, więc nie jestem pewna, czy cię rozpozna.
– Rozumiem.
– Przyprowadź ją do kuchni, jak tylko się trochę uspokoi.
– W porządku.
         Kobieta westchnęła, po czym oddaliła się, a Fandral wziął głęboki wdech, po czym otworzył drzwi.


                                               ***


         Siedziała skulona w rogu łóżka, obejmując ramionami kolana, Czuła każdy skrawek swojego obolałego ciała. Minęło tylko kilka dni od kiedy połamano jej kości i naznaczono twarz odrażającym, krwawym uśmiechem, ale za pomocą magii uzdrowicielskiej Carmen, kości zrosły się prawidłowo w kilkanaście godzin, a na twarzy dziewczyny powstały dwie blizny.
         Zaciskała spierzchnięte usta, a w szczypiących oczach pojawiły się łzy. Nie była w stanie się odezwać. Próbowała sobie coś przypomnieć… cokolwiek, ale nie potrafiła. Wiedziała tylko kilka rzeczy. Między innymi to, że nazywa się Rebecca Cambrige, ma dziewiętnaście lat, urodziła się piętnastego sierpnia i była torturowana przez mężczyznę, który pozostawił blizny na jej twarzy.
         Po za tym nic ie mogła sobie… Matt. On mi pomógł.
         Nagle drzwi pomieszczenia, w którym się znajdowała otworzyły się. Jej serce zaczęło szybciej nić i oddech przyspieszył. Nie miała pojęcia, gdzie jest i kim jest osoba, która właśnie weszła do pokoju. Bała się. Chciała uciec, ale nie wiedziała jak i dokąd.
         Światło z zewnątrz oślepiło ją, ale za chwilę zniknęło.


                                               ***


         Król całymi nocami, czyli w czasie, w którym nie zajmował się sprawami swojego ludu i tym podobnymi, przesiadywał w bibliotece lub we własnym gabinecie, gdzie najczęściej albo zgłębiał tajemnice różnorakich ksiąg albo – w tym przypadku – pracował nad sprawą śmiertelniczki w jego boskiej krainie.
         Usunął jej pamięć prawie w stu procentach, przywrócił dziewczynę, za którą wszyscy tęsknili i ubolewali nad jej śmiercią, więc po co mu dalej ta mała, żałosna Midgardka? Równie dobrze mógłbym ją oddać na Targ. Może nie byłoby to zbyt duże wzbogacenie, ale…
         Kontemplacje przerwało mu pukanie do drzwi gabinetu, po którym właśnie krążył.
– Wejść! – zawołał po asgardzku, a po chwili w pomieszczeniu pojawił się niski mężczyzna w szatach typowych dla pałacowych medyków, czyli zielony uniform w zależności od poziomu wykształcenia ze złotymi ornamentami.
– Panie – pokłonił się – obudziła się.
– Kto się obudził? – było zbyt późno, aby mógł rozmyślać o kilku rzeczach na raz.
– Sigyn.













wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział 15

Witaaaaam moi drodzy,
Z góry przepraszam, bo tak wiem wiem miał być rozdział w styczniu, ale zastąpiłam go shotem, bo nie byłam w stanie dokończyć rozdziału, ale teraz powróciłam i postaram się 16 też dodać w tym miesiącu. Choć nie obiecuję niestety :/

Proszę o wytykanie błędów
<niepoprawiony>







Enjoy :D









         Czuła chłód, który ją ocucił. Bolała ją głowa i czuła mdłości. Wzięła kilka głębokich oddechów i otworzyła oczy. Zimno kamiennego podłoża, na którym klęczała przeszywało jej ciało. Nadgarstki miała skute ciężkimi, stalowymi kajdanami, których długie łańcuchy przymocowano do dwóch kolumn po jej obu stronach.
Ubrana była jedynie w swoje czarne, obcisłe spodnie i białą bokserkę, gdzie przez brak długich rękawów jej żyło podobne blizny wyraźnie odznaczały się na skórze.
         Zadrżała z zimna i rozejrzała się po małym, słabo oświetlonym przez pochodnie pomieszczeniu. Gładkie, czarne ściany, po których gdzieniegdzie spływała woda. Nierówny strop, wiszący nad nią. Czuła się trochę jakby była w jaskini.
Łańcuchy były prawie sztywne, co oznaczało, że jej ramiona były cały czas rozciągnięte. Wstrząsnął nią chłód.
         Nagle ogromne kamienne wrota, znajdujące się przed nią otworzyły się. Do środka wkroczyło pięciu mężczyzn. Rozpoznała ostatniego z nich.
–Anthony?
Powiedziała cicho słabym głosem, mrużąc oczy, bo ogień kolejnych pochodni raził. Po wypowiedzeniu jego imienia poczuła uderzenie na twarzy, pod wpływem, którego odrzuciło jej głowę. Jeden z mężczyzn krzyknął coś do niej w języku, którego nie rozumiała, ale pomyślała, że lepiej będzie siedzieć cicho. Dobra decyzja.
Zerknęła na Anthony’ego, którego twarz wrażała znudzenie i pogardę.
Podwinął rękawy lnianej, czarnej koszuli i powiedział coś do stojących wokół niej mężczyzn. Skinęli tylko głowami i wyszli z salki przypominającej jaskinię. Żadne z nich się nie odezwało.
Podszedł do niej i odgarnął brązowe loki z je twarzy. Miała nikłą nadzieję, że wyciągnie ją stąd, że ciągle jest po jej stronie. Nigdy nie była w większym błędzie.
–Anthony, proszę…
–Zamilcz. Mam dosyć pogrywania z marnymi, słabymi Midgardczykami.
Chciała móc zrozumieć, o co mu chodzi. Wiedziała tylko, że nie ma sensu sprzeciwiać się, bo nic tym nie wskóra. Bała się zapytać, czego tak naprawdę od niej chciał. Wykorzysta cię… Kto miał rację? Skrzywiła się, słysząc zarozumiały głos podświadomości.
         Wrota ponownie otworzyły się. Czworo mężczyzn wniosło na noszach nieprzytomną, pozbawioną oddechu kobietę. Strach rozszerzył oczy Rebeccki. Jej oddech przyspieszył wraz z biciem serca. Dobrze wiedziała, że kobieta jest martwa. Nie chciała nawet myśleć o tym, co się za chwilę stanie.
–Im szybciej to załatwimy, tym lepiej.
Powiedział Anthony, ale to była bardziej uwaga skierowana do samego siebie, niż do kogokolwiek innego w tym pomieszczeniu.
         Pod wpływem paniki Rebecca zaczęła szarpać łańcuchy, próbując wierzyć, choć przez sekundę, że wyjdzie z tego bez szwanku.
Anthony najpierw podszedł do martwej kobiety, która mimo wszystko była piękna. Ciemnoblond, proste, długie włosy, śliczna lekko podłużna twarz, pełne usta, prosty nos. Była średniego wzrostu i miała idealną figurę.
         Mężczyzna położył dłoń na jej smukłej szyi, po czym wyszeptał coś w niezrozumiałym dla Rebeccki języku. W pomieszczeniu panowała kompletna cisza, nie licząc szeptów Anthony’ego. Przerażająca atmosfera.
         Po chwili podszedł do Rebeccki. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nie mogła niczego wyczytać, wpatrując się w niego. Przejechał chłodnymi palcami po jej ręce dokładnie w miejscach, gdzie widniały żyłopodobne blizny. Przeszył ją niemiły dreszcz i dostała gęsiej skórki.
Jego dłoń zatrzymała się na jej szyi tuż pod lewym uchem. Patrzył beznamiętnie w przerażone oczy dziewczyny, a po chwili zaczął szeptać coś w języku, który cały czas pozostawał dla Rebeccki zagadką.
         Na początku czuła tylko mrowienie na skórze pod jego palcami. Prawie odetchnęła z ulgą, kiedy nagle tył jej głowy zaatakował kłujący, przytłaczający ból. Zacisnęła zęby, skuliła się i zacisnęła pięści. Słyszała, jak krew pulsuje w jej uszach. Po chwili jakaś moc, siła, cokolwiek, wyprostowało jej plecy i odchyliło głowę do tyłu. Uchyliła usta, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Nagle poczuła jak od dolnych partii ciała przepływa zimno. Niczym fala. Pięła się ku górze, a Rebecca już cała drżała z zimna i strachu. Całkiem znieruchomiała, a z jej nosa, oczu i ust zaczęła wydobywać się szarobiała mgła.
Anthony zamilkł. W pomieszczeniu zapanowała kompletna cisza. Dokonywał się rytuał.
         Szarobiały obłok stawał się z każdą chwilą coraz większy. Kiedy osiągnął rozmiar dużej skały, mgła przestala wydobywać się z Rebeccki w wyniku, czego mięśnie dziewczyny rozluźniły się, a ona zaczęła głęboko oddychać i nerwowo obserwować to, co się działo.
Chmura przypominająca jasny dym leniwie przemieszczała się w stronę martwego ciała. Powoli zaczęła wpełzać w nos, uszy i rozchylone usta pozbawionej oddechu kobiety. Jej ciało zaczęło drżeć. Oczy otworzyły się ukazując jedynie białka, a dłonie zacisnęły się na noszach, jakby z obawy, że spadnie.
Pojawił się oddech. Szybki i płytki. Kobieta nagle poderwała się do siadu i zaczęła rozglądać się i trząść zdezorientowana. Mamrotała coś pod nosem, a dwóch mężczyzn stojących przy noszach zaczęło ją uspokajać. Ale nie było to potrzebne. Kiedy jej wzrok padł na postać Anthony’ego nagle znieruchomiała i zemdlała.
Dwaj mężczyźni wynieśli pozbawioną przytomności kobietę, a dwójka została razem z Anthony’m i Rebeccką.
         Nie wiedziała, jak powinna się zachować. Dwójka strażników, jak podejrzewała, stała za nią, przyglądając się kajdanom. Wpatrywała się w plecy mężczyzny, który powolnym krokiem podążał do wrót.
Odezwał się władczym tonem w języku, który rozumiał on i jego, najwidoczniej, podwładni. Bez słowa rozkuli dziewczynę, pozwalając jej zmęczonym ramionom opaść swobodnie.
–Co się stało? – wyszeptała, patrząc jak Anthony przykłada dłoń do kamiennych drzwi, a po chwili odwraca się, obdarzając ją znudzonym grymasem.
–Właśnie przestałaś być potrzebna, moja droga. I tutaj kończy się twoja rola.
–Nie rozumiem…
–To dobrze. W takim razie zostało mi mało do posprzątania.
Powiedział to w tak bezuczuciowy, wręcz bijącym zimnem sposób, że aż zadrżała.
         W dłoni dzierżył sztylet. Zaklęciem otworzył usta dziewczyny i przyłożył stal najpierw do jednego, a potem do drugiego kącika jej ust lekko je nacinając. Po tym krótkim „zabiegu” schował broń za pasek.
Przejechał długimi, chudymi palcami po jej policzku, a jego druga dłoń zawędrowała na kark dziewczyny. Patrzyła na niego dużymi oczyma, które wyrażały przerażenie, ale nie obchodziło go to. Wszystko, czego od niej chciał właśnie się dokonało. Teraz musiał tylko wyrzucić śmieci, po tym całym bałaganie.
Zaczął powoli i dobitnie szeptać zaklęcie. Jej źrenice zwężyły się. Chciała otworzyć usta i krzyczeć. Pozwolił jej na to przez chwilę. Krzyczała i wiła się, ale on cały czas mocno trzymał ją za kark. Małe ranki w kącikach ust zaczęły się rozdzierać, tworząc na jej twarzy coś w rodzaju dużego, krwawego uśmiechu. Zacisnęła pięści, skuliła się, napięła wszystkie mięśnie i próbowała w jakikolwiek sposób powstrzymać ból. Ból, który palił ją od środka. I choć najpierw zaatakował tył głowy z niewyobrażalną siłą to teraz rozprzestrzenił się i powoli jej ciało zaczęła ogarniać uczucie jakby ogień trawił wszystkie organy wewnętrzne. Strażnicy podnieśli ją z podłogi. W tym momencie sprawił, żeby nie potrafiła się ruszać. Żeby trwała w jednej pozycji niczym posąg.
Mężczyźni w zbrojach odsunęli się, a ona nie mogła się ruszyć. Nie mogła nawet drgnąć. Nie mogła wydobyć z siebie choćby najcichszego szeptu. Zaklęcie, które wypowiadał uniemożliwiało jej to.
Z każdą chwilą przyzwyczajała się do płomienia, obejmującego jej organizm. Nagle usłyszała dźwięk, jakby łamania grubej gałęzi, lecz sekundę po tym, jak poczuła ból w prawym udzie wiedziała, że to nie gałąź tylko jej kość.
Łzy zaczęły ściekać dziewczynie po policzkach. Chciał krzyczeć, rzucać się, robić cokolwiek byle nie trwać bez sensu w jednym miejscu.
         Ta magiczna formułka łamała dwadzieścia kości, każdą po dwa razy.
Po czwartym pęknięciu Rebecca straciła przytomność i strażnicy, do tej pory stojący z tyłu musieli ją podtrzymywać, żeby nie upadła na podłogę.


                                      ***


Strażnicy zanieśli kobietę na noszach do skrzydła szpitalnego. Cały czas była nieprzytomna, ale medycy musieli wykonać wszelkiego rodzaju badania. Nie często mieli styczność z takimi przypadkami. Wyleczenie kogoś ze śmiertelnej choroby, to coś do czego iż zdążyli przywyknąć, ale przywrócenie życia dwumiesięcznemu trupowi… Tego typu sytuacje nie zdarzały się za często. Prawie wcale.
Na szczęście każdego przyszłego medyka szkoli się nawet do prawie niemożliwych wypadków. Dzięki temu są w stanie albo przekazywać samą wiedzę dalej, albo jeżeli zdarzy mu się coś tak nieoczekiwanego – wiedzę z doświadczeniem, które zdobył.


                                      ***


Pierwsze, co poczuła po odzyskaniu przytomności to ból. Tępy, ale nie aż tak intensywny, jaki czuła wcześniej. Bolały ją wszystkie kości.
Leżała na skórze jakiegoś obdartego z niej wcześniej zwierzęcia. Mimo to czuła chłód, bijący od kamiennej podłogi.
Otworzyła oczy. Ciągle przebywała w groto-podobnym pomieszczeniu, oświetlanym delikatnie przez pochodnie. Szumiało jej w głowie, kiedy lustrowała wzrokiem czarny strop.
Usłyszała skrzypnięcie, pochodzące od strony wejścia. Podniosła się lekko, ale ból kości i szum w głowie nasilił się. Żołądek jej się ścisnął przyprawiając ją o mdłości, więc żeby nie dopuścić do wymiotów, które na pewno pozbawiłyby ją resztek sił, opadła na futro, zamykając oczy.
Słyszała stłumione głosy, gdzieś od strony drzwi, a kiedy poczuła czyjeś dłonie na twarzy i ramionach znów straciła przytomność.


                                      ***


Wyniósł ją stamtąd jak najszybciej z pomocą napotkanych po drodze znajomych Einherjerów. Wiedział, że ten tyran przeprowadzi na niej rytuał, który w tym przypadku był wymagany, ale nie podejrzewał, że przy okazji okaleczy ją i zrobi coś o wiele bardziej drastycznego, od fizycznego bólu. W końcu można zemdleć i nie czuć nic, a rany szybko się zagoją, ale sprawa utraty wspomnień to już coś poważnego i dość dotkliwego. Chyba, że ten dupek zrobił z niej kolejnego potwora… - pomyślał, w duchu jednak mając nadzieję, że w najgorszym przypadku przepadła tylko jej pamięć.
Polecił zanieść dziewczynę do medyczki, ale nie jednej z wielu pałacowych, tylko jednej z tych mieszkających na odludziu, stosujących tradycyjne metody leczenia.
Na szczęście panowała noc. Jego koń już czekał osiodłany w stajni na tyłach Pałacu. Nie prosił o dalszą pomoc Einherjerów. Podziękował za to, co już dla niego zrobili i z nieprzytomną dziewczyną siedzącą przed nim popędził w stronę lasu. Wiedział dokładnie jaką drogę wybrać, żeby jak najszybciej dotrzeć na miejsce.
Dzięki jego znajomości terenu i odpowiednich ludzi, dotarł wraz z nieprzytomną dziewczyną na ogromną willę wzniesioną w środku lasu. Pomimo całkowitego mroku i bardzo późnej godziny, dostrzegł światło w jednym z okien.
Uważając na Rebeccę zeskoczył z siodła, a chwile później jej bezwładne i lekko zmasakrowane ciało spoczywało w jego silnych ramionach. Nawet nie przywiązywał swojego rumaka do drzewa, czy gdziekolwiek indziej, ponieważ doskonale wiedział, że jego oddany przyjaciel będzie na niego czekał mimo wszystko.
Zastukał do drzwi willi pomalowanej na ciemnobeżowy kolor, z ogromnymi oknami, które jednak zasłonięte były kremowo piaskowymi firanami. Brązowe dachówki zlewały się kolorystycznie z konarami drzew gęstego lasu.
Po chwili w progu pojawiła się, o dziwo, młoda kobieta z długimi, prostymi blond włosami, błękitnymi oczyma, bardzo delikatnie zadartym nosem i o podłużnej twarzy. Ubrana była w bladoniebieską suknię, podkreślającą jej obfite piersi i szczupłą talię.
         Mężczyzna uśmiechnął się, widząc ją, choć mógł przyznać, że zawsze wolał ją nagą, ewentualnie w samej bieliźnie.
–Carmen, skarbie. – odezwał się w języku asów.
–Śmiesz się tutaj pojawiać bez mojego zaproszenia? – jej mruczący głos wyrażał teraz jedynie pogardę do żołnierza, a wzrok jeszcze bardziej potęgował to podejście.
–Myślałem, że jestem tutaj mile widziany, każdego wieczoru.
Nie odpowiedziała tylko cofnęła się do środka i chciała zatrzasnąć drzwi przed nosem Fandrala, ale on zablokował je stopą i powiedział teraz całkiem poważnie:
–Potrzebuję twojej pomocy. Albo raczej ona potrzebuje…
Carmen spojrzała na nieprzytomną dziewczynę na rękach wojownika. Wyglądała na umierającą. Miała bladą skórę, płytki nierówny oddech, stróżka krwi ciekła jej z kącika ust, a ciało było trochę zniekształcone, bo jej kości zostały połamane.
–Nie będę marnować moich leków na kogoś, kto ma minimalne szanse na przeżycie. Trzeba było ją dobić, zamiast przynosić tutaj i skazywać na dalsze cierpienie.
–Proszę… Jest dla mnie ważna. Wiem, że jesteś w stanie ją uratować.
Przez chwilę patrzył błagalnym wzrokiem w jej bijące chłodem oczy, ale w końcu uzdrowicielka westchnęła ze zrezygnowaniem i wpuściła ich do domu.


                                               ***


         Znalazł tani pensjonacik w rynku, skąd miał idealny widok na Pałac. Budynek zbudowany z pomarańczowego materiału podobnego do cegły o okiennicach z ciemnego drewna wtapiał się w resztę zabudowań w tym miejscu. Nocą, kiedy stoiska były zamknięte, a sprzedawcy nie krzyczeli reklamując swoje towary i kupujący ludzie nie śmiali się i nie debatowali głośno na różne codzienne tematy, plac wyłożony startą już, czerwoną kostką brukową wyglądał niesamowicie spokojnie. Gałęzie rosnącego na środku ogromnego jesionu kładły swój cień na opustoszały skwer.
         Siedział na parapecie otwartego okna. Ciepły delikatny wiatr otulał jego ciało niczym koc. Przejechał dłonią po włosach i odetchnął głęboko miejskim powietrzem. Utkwił wzrok w największym, najwyższym i najważniejszym budynku i dostrzegł, że tam wrzawa, jaka panuje na rynku w dzień, w Pałacu jest też w nocy. Ciągle oświetlone pomieszczenia i zapewne, cały czas grająca muzyka. Życie tam trwało nie dniami, lecz całymi dobami.
         Wyciągnął z paczki, leżącej przed nim papierosa i odpalił go zapałką. Zaciągnął się i odchylił głowę, opierając ją o framugę okna. Był cierpliwy. Musiał być. Pragnął zemsty, ale potrzebował dobrego momentu, aby zacząć działać. Na razie nie mógł zrobić nic, żeby nikt nie podejrzewał nowego przybysza o cokolwiek, co miałoby się stać. Chciał sprawiać wrażenie zwykłego podróżnika, przybyłego z gór za stolicą. Nic więcej.

         Jeszcze tylko kilka dni, mój królu. Jak dobrze, że nie wszyscy cię uwielbiają.