wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział 15

Witaaaaam moi drodzy,
Z góry przepraszam, bo tak wiem wiem miał być rozdział w styczniu, ale zastąpiłam go shotem, bo nie byłam w stanie dokończyć rozdziału, ale teraz powróciłam i postaram się 16 też dodać w tym miesiącu. Choć nie obiecuję niestety :/

Proszę o wytykanie błędów
<niepoprawiony>







Enjoy :D









         Czuła chłód, który ją ocucił. Bolała ją głowa i czuła mdłości. Wzięła kilka głębokich oddechów i otworzyła oczy. Zimno kamiennego podłoża, na którym klęczała przeszywało jej ciało. Nadgarstki miała skute ciężkimi, stalowymi kajdanami, których długie łańcuchy przymocowano do dwóch kolumn po jej obu stronach.
Ubrana była jedynie w swoje czarne, obcisłe spodnie i białą bokserkę, gdzie przez brak długich rękawów jej żyło podobne blizny wyraźnie odznaczały się na skórze.
         Zadrżała z zimna i rozejrzała się po małym, słabo oświetlonym przez pochodnie pomieszczeniu. Gładkie, czarne ściany, po których gdzieniegdzie spływała woda. Nierówny strop, wiszący nad nią. Czuła się trochę jakby była w jaskini.
Łańcuchy były prawie sztywne, co oznaczało, że jej ramiona były cały czas rozciągnięte. Wstrząsnął nią chłód.
         Nagle ogromne kamienne wrota, znajdujące się przed nią otworzyły się. Do środka wkroczyło pięciu mężczyzn. Rozpoznała ostatniego z nich.
–Anthony?
Powiedziała cicho słabym głosem, mrużąc oczy, bo ogień kolejnych pochodni raził. Po wypowiedzeniu jego imienia poczuła uderzenie na twarzy, pod wpływem, którego odrzuciło jej głowę. Jeden z mężczyzn krzyknął coś do niej w języku, którego nie rozumiała, ale pomyślała, że lepiej będzie siedzieć cicho. Dobra decyzja.
Zerknęła na Anthony’ego, którego twarz wrażała znudzenie i pogardę.
Podwinął rękawy lnianej, czarnej koszuli i powiedział coś do stojących wokół niej mężczyzn. Skinęli tylko głowami i wyszli z salki przypominającej jaskinię. Żadne z nich się nie odezwało.
Podszedł do niej i odgarnął brązowe loki z je twarzy. Miała nikłą nadzieję, że wyciągnie ją stąd, że ciągle jest po jej stronie. Nigdy nie była w większym błędzie.
–Anthony, proszę…
–Zamilcz. Mam dosyć pogrywania z marnymi, słabymi Midgardczykami.
Chciała móc zrozumieć, o co mu chodzi. Wiedziała tylko, że nie ma sensu sprzeciwiać się, bo nic tym nie wskóra. Bała się zapytać, czego tak naprawdę od niej chciał. Wykorzysta cię… Kto miał rację? Skrzywiła się, słysząc zarozumiały głos podświadomości.
         Wrota ponownie otworzyły się. Czworo mężczyzn wniosło na noszach nieprzytomną, pozbawioną oddechu kobietę. Strach rozszerzył oczy Rebeccki. Jej oddech przyspieszył wraz z biciem serca. Dobrze wiedziała, że kobieta jest martwa. Nie chciała nawet myśleć o tym, co się za chwilę stanie.
–Im szybciej to załatwimy, tym lepiej.
Powiedział Anthony, ale to była bardziej uwaga skierowana do samego siebie, niż do kogokolwiek innego w tym pomieszczeniu.
         Pod wpływem paniki Rebecca zaczęła szarpać łańcuchy, próbując wierzyć, choć przez sekundę, że wyjdzie z tego bez szwanku.
Anthony najpierw podszedł do martwej kobiety, która mimo wszystko była piękna. Ciemnoblond, proste, długie włosy, śliczna lekko podłużna twarz, pełne usta, prosty nos. Była średniego wzrostu i miała idealną figurę.
         Mężczyzna położył dłoń na jej smukłej szyi, po czym wyszeptał coś w niezrozumiałym dla Rebeccki języku. W pomieszczeniu panowała kompletna cisza, nie licząc szeptów Anthony’ego. Przerażająca atmosfera.
         Po chwili podszedł do Rebeccki. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nie mogła niczego wyczytać, wpatrując się w niego. Przejechał chłodnymi palcami po jej ręce dokładnie w miejscach, gdzie widniały żyłopodobne blizny. Przeszył ją niemiły dreszcz i dostała gęsiej skórki.
Jego dłoń zatrzymała się na jej szyi tuż pod lewym uchem. Patrzył beznamiętnie w przerażone oczy dziewczyny, a po chwili zaczął szeptać coś w języku, który cały czas pozostawał dla Rebeccki zagadką.
         Na początku czuła tylko mrowienie na skórze pod jego palcami. Prawie odetchnęła z ulgą, kiedy nagle tył jej głowy zaatakował kłujący, przytłaczający ból. Zacisnęła zęby, skuliła się i zacisnęła pięści. Słyszała, jak krew pulsuje w jej uszach. Po chwili jakaś moc, siła, cokolwiek, wyprostowało jej plecy i odchyliło głowę do tyłu. Uchyliła usta, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Nagle poczuła jak od dolnych partii ciała przepływa zimno. Niczym fala. Pięła się ku górze, a Rebecca już cała drżała z zimna i strachu. Całkiem znieruchomiała, a z jej nosa, oczu i ust zaczęła wydobywać się szarobiała mgła.
Anthony zamilkł. W pomieszczeniu zapanowała kompletna cisza. Dokonywał się rytuał.
         Szarobiały obłok stawał się z każdą chwilą coraz większy. Kiedy osiągnął rozmiar dużej skały, mgła przestala wydobywać się z Rebeccki w wyniku, czego mięśnie dziewczyny rozluźniły się, a ona zaczęła głęboko oddychać i nerwowo obserwować to, co się działo.
Chmura przypominająca jasny dym leniwie przemieszczała się w stronę martwego ciała. Powoli zaczęła wpełzać w nos, uszy i rozchylone usta pozbawionej oddechu kobiety. Jej ciało zaczęło drżeć. Oczy otworzyły się ukazując jedynie białka, a dłonie zacisnęły się na noszach, jakby z obawy, że spadnie.
Pojawił się oddech. Szybki i płytki. Kobieta nagle poderwała się do siadu i zaczęła rozglądać się i trząść zdezorientowana. Mamrotała coś pod nosem, a dwóch mężczyzn stojących przy noszach zaczęło ją uspokajać. Ale nie było to potrzebne. Kiedy jej wzrok padł na postać Anthony’ego nagle znieruchomiała i zemdlała.
Dwaj mężczyźni wynieśli pozbawioną przytomności kobietę, a dwójka została razem z Anthony’m i Rebeccką.
         Nie wiedziała, jak powinna się zachować. Dwójka strażników, jak podejrzewała, stała za nią, przyglądając się kajdanom. Wpatrywała się w plecy mężczyzny, który powolnym krokiem podążał do wrót.
Odezwał się władczym tonem w języku, który rozumiał on i jego, najwidoczniej, podwładni. Bez słowa rozkuli dziewczynę, pozwalając jej zmęczonym ramionom opaść swobodnie.
–Co się stało? – wyszeptała, patrząc jak Anthony przykłada dłoń do kamiennych drzwi, a po chwili odwraca się, obdarzając ją znudzonym grymasem.
–Właśnie przestałaś być potrzebna, moja droga. I tutaj kończy się twoja rola.
–Nie rozumiem…
–To dobrze. W takim razie zostało mi mało do posprzątania.
Powiedział to w tak bezuczuciowy, wręcz bijącym zimnem sposób, że aż zadrżała.
         W dłoni dzierżył sztylet. Zaklęciem otworzył usta dziewczyny i przyłożył stal najpierw do jednego, a potem do drugiego kącika jej ust lekko je nacinając. Po tym krótkim „zabiegu” schował broń za pasek.
Przejechał długimi, chudymi palcami po jej policzku, a jego druga dłoń zawędrowała na kark dziewczyny. Patrzyła na niego dużymi oczyma, które wyrażały przerażenie, ale nie obchodziło go to. Wszystko, czego od niej chciał właśnie się dokonało. Teraz musiał tylko wyrzucić śmieci, po tym całym bałaganie.
Zaczął powoli i dobitnie szeptać zaklęcie. Jej źrenice zwężyły się. Chciała otworzyć usta i krzyczeć. Pozwolił jej na to przez chwilę. Krzyczała i wiła się, ale on cały czas mocno trzymał ją za kark. Małe ranki w kącikach ust zaczęły się rozdzierać, tworząc na jej twarzy coś w rodzaju dużego, krwawego uśmiechu. Zacisnęła pięści, skuliła się, napięła wszystkie mięśnie i próbowała w jakikolwiek sposób powstrzymać ból. Ból, który palił ją od środka. I choć najpierw zaatakował tył głowy z niewyobrażalną siłą to teraz rozprzestrzenił się i powoli jej ciało zaczęła ogarniać uczucie jakby ogień trawił wszystkie organy wewnętrzne. Strażnicy podnieśli ją z podłogi. W tym momencie sprawił, żeby nie potrafiła się ruszać. Żeby trwała w jednej pozycji niczym posąg.
Mężczyźni w zbrojach odsunęli się, a ona nie mogła się ruszyć. Nie mogła nawet drgnąć. Nie mogła wydobyć z siebie choćby najcichszego szeptu. Zaklęcie, które wypowiadał uniemożliwiało jej to.
Z każdą chwilą przyzwyczajała się do płomienia, obejmującego jej organizm. Nagle usłyszała dźwięk, jakby łamania grubej gałęzi, lecz sekundę po tym, jak poczuła ból w prawym udzie wiedziała, że to nie gałąź tylko jej kość.
Łzy zaczęły ściekać dziewczynie po policzkach. Chciał krzyczeć, rzucać się, robić cokolwiek byle nie trwać bez sensu w jednym miejscu.
         Ta magiczna formułka łamała dwadzieścia kości, każdą po dwa razy.
Po czwartym pęknięciu Rebecca straciła przytomność i strażnicy, do tej pory stojący z tyłu musieli ją podtrzymywać, żeby nie upadła na podłogę.


                                      ***


Strażnicy zanieśli kobietę na noszach do skrzydła szpitalnego. Cały czas była nieprzytomna, ale medycy musieli wykonać wszelkiego rodzaju badania. Nie często mieli styczność z takimi przypadkami. Wyleczenie kogoś ze śmiertelnej choroby, to coś do czego iż zdążyli przywyknąć, ale przywrócenie życia dwumiesięcznemu trupowi… Tego typu sytuacje nie zdarzały się za często. Prawie wcale.
Na szczęście każdego przyszłego medyka szkoli się nawet do prawie niemożliwych wypadków. Dzięki temu są w stanie albo przekazywać samą wiedzę dalej, albo jeżeli zdarzy mu się coś tak nieoczekiwanego – wiedzę z doświadczeniem, które zdobył.


                                      ***


Pierwsze, co poczuła po odzyskaniu przytomności to ból. Tępy, ale nie aż tak intensywny, jaki czuła wcześniej. Bolały ją wszystkie kości.
Leżała na skórze jakiegoś obdartego z niej wcześniej zwierzęcia. Mimo to czuła chłód, bijący od kamiennej podłogi.
Otworzyła oczy. Ciągle przebywała w groto-podobnym pomieszczeniu, oświetlanym delikatnie przez pochodnie. Szumiało jej w głowie, kiedy lustrowała wzrokiem czarny strop.
Usłyszała skrzypnięcie, pochodzące od strony wejścia. Podniosła się lekko, ale ból kości i szum w głowie nasilił się. Żołądek jej się ścisnął przyprawiając ją o mdłości, więc żeby nie dopuścić do wymiotów, które na pewno pozbawiłyby ją resztek sił, opadła na futro, zamykając oczy.
Słyszała stłumione głosy, gdzieś od strony drzwi, a kiedy poczuła czyjeś dłonie na twarzy i ramionach znów straciła przytomność.


                                      ***


Wyniósł ją stamtąd jak najszybciej z pomocą napotkanych po drodze znajomych Einherjerów. Wiedział, że ten tyran przeprowadzi na niej rytuał, który w tym przypadku był wymagany, ale nie podejrzewał, że przy okazji okaleczy ją i zrobi coś o wiele bardziej drastycznego, od fizycznego bólu. W końcu można zemdleć i nie czuć nic, a rany szybko się zagoją, ale sprawa utraty wspomnień to już coś poważnego i dość dotkliwego. Chyba, że ten dupek zrobił z niej kolejnego potwora… - pomyślał, w duchu jednak mając nadzieję, że w najgorszym przypadku przepadła tylko jej pamięć.
Polecił zanieść dziewczynę do medyczki, ale nie jednej z wielu pałacowych, tylko jednej z tych mieszkających na odludziu, stosujących tradycyjne metody leczenia.
Na szczęście panowała noc. Jego koń już czekał osiodłany w stajni na tyłach Pałacu. Nie prosił o dalszą pomoc Einherjerów. Podziękował za to, co już dla niego zrobili i z nieprzytomną dziewczyną siedzącą przed nim popędził w stronę lasu. Wiedział dokładnie jaką drogę wybrać, żeby jak najszybciej dotrzeć na miejsce.
Dzięki jego znajomości terenu i odpowiednich ludzi, dotarł wraz z nieprzytomną dziewczyną na ogromną willę wzniesioną w środku lasu. Pomimo całkowitego mroku i bardzo późnej godziny, dostrzegł światło w jednym z okien.
Uważając na Rebeccę zeskoczył z siodła, a chwile później jej bezwładne i lekko zmasakrowane ciało spoczywało w jego silnych ramionach. Nawet nie przywiązywał swojego rumaka do drzewa, czy gdziekolwiek indziej, ponieważ doskonale wiedział, że jego oddany przyjaciel będzie na niego czekał mimo wszystko.
Zastukał do drzwi willi pomalowanej na ciemnobeżowy kolor, z ogromnymi oknami, które jednak zasłonięte były kremowo piaskowymi firanami. Brązowe dachówki zlewały się kolorystycznie z konarami drzew gęstego lasu.
Po chwili w progu pojawiła się, o dziwo, młoda kobieta z długimi, prostymi blond włosami, błękitnymi oczyma, bardzo delikatnie zadartym nosem i o podłużnej twarzy. Ubrana była w bladoniebieską suknię, podkreślającą jej obfite piersi i szczupłą talię.
         Mężczyzna uśmiechnął się, widząc ją, choć mógł przyznać, że zawsze wolał ją nagą, ewentualnie w samej bieliźnie.
–Carmen, skarbie. – odezwał się w języku asów.
–Śmiesz się tutaj pojawiać bez mojego zaproszenia? – jej mruczący głos wyrażał teraz jedynie pogardę do żołnierza, a wzrok jeszcze bardziej potęgował to podejście.
–Myślałem, że jestem tutaj mile widziany, każdego wieczoru.
Nie odpowiedziała tylko cofnęła się do środka i chciała zatrzasnąć drzwi przed nosem Fandrala, ale on zablokował je stopą i powiedział teraz całkiem poważnie:
–Potrzebuję twojej pomocy. Albo raczej ona potrzebuje…
Carmen spojrzała na nieprzytomną dziewczynę na rękach wojownika. Wyglądała na umierającą. Miała bladą skórę, płytki nierówny oddech, stróżka krwi ciekła jej z kącika ust, a ciało było trochę zniekształcone, bo jej kości zostały połamane.
–Nie będę marnować moich leków na kogoś, kto ma minimalne szanse na przeżycie. Trzeba było ją dobić, zamiast przynosić tutaj i skazywać na dalsze cierpienie.
–Proszę… Jest dla mnie ważna. Wiem, że jesteś w stanie ją uratować.
Przez chwilę patrzył błagalnym wzrokiem w jej bijące chłodem oczy, ale w końcu uzdrowicielka westchnęła ze zrezygnowaniem i wpuściła ich do domu.


                                               ***


         Znalazł tani pensjonacik w rynku, skąd miał idealny widok na Pałac. Budynek zbudowany z pomarańczowego materiału podobnego do cegły o okiennicach z ciemnego drewna wtapiał się w resztę zabudowań w tym miejscu. Nocą, kiedy stoiska były zamknięte, a sprzedawcy nie krzyczeli reklamując swoje towary i kupujący ludzie nie śmiali się i nie debatowali głośno na różne codzienne tematy, plac wyłożony startą już, czerwoną kostką brukową wyglądał niesamowicie spokojnie. Gałęzie rosnącego na środku ogromnego jesionu kładły swój cień na opustoszały skwer.
         Siedział na parapecie otwartego okna. Ciepły delikatny wiatr otulał jego ciało niczym koc. Przejechał dłonią po włosach i odetchnął głęboko miejskim powietrzem. Utkwił wzrok w największym, najwyższym i najważniejszym budynku i dostrzegł, że tam wrzawa, jaka panuje na rynku w dzień, w Pałacu jest też w nocy. Ciągle oświetlone pomieszczenia i zapewne, cały czas grająca muzyka. Życie tam trwało nie dniami, lecz całymi dobami.
         Wyciągnął z paczki, leżącej przed nim papierosa i odpalił go zapałką. Zaciągnął się i odchylił głowę, opierając ją o framugę okna. Był cierpliwy. Musiał być. Pragnął zemsty, ale potrzebował dobrego momentu, aby zacząć działać. Na razie nie mógł zrobić nic, żeby nikt nie podejrzewał nowego przybysza o cokolwiek, co miałoby się stać. Chciał sprawiać wrażenie zwykłego podróżnika, przybyłego z gór za stolicą. Nic więcej.

         Jeszcze tylko kilka dni, mój królu. Jak dobrze, że nie wszyscy cię uwielbiają.