środa, 24 grudnia 2014

Rozdział 14

Witam serdecznie :D
Przepraszam za małe opóźnienie, ale byłam przekonana, że się wyrobię :< ale niestety los i szczęście musieli się na mnie wypiąć i wyśmiać, więc wyszło jak wyszło.
Dzisiaj krótko, bo już jestem zmęczona.
Jeszcze raz zapraszam do czytania i komentowania na odnawiany wytwór mojej wyobraźni CORNER

Bogowie nareszcie wolne i w końcu trochę czasu dla siebie. Nie licząc kolejnych pięciu przedmiotów do poprawy po świętach... A jak u Was? xD











Enjoy :D


                                      



         Godzinę po opuszczeniu mieszkania przez jej współlokatora postanowiła zrobić sobie mocną kawę. Nastawiła ekspres i po raz kolejny otworzyła galerię zdjęć w swojej komórce. Wzrok utkwiła w zdjęciach przystojnego, uśmiechniętego mulata. I ostatni moment, kiedy widziała go żywego, mignął jej przed oczami, ale nie chciała o tym myśleć. Wolała zapamiętać te piękne, szczęśliwe chwile zanikające w jej pamięci.
         Zablokowała wyświetlacz. Głosy i twarze nie nawiedzały jej tej nocy. To zapewne przez obecność Matta, który tak dobrze na nią wpływa.
Chwyciła kubek gorącej kawy i usiadła na kuchennym blacie, zakładając słuchawki i włączając muzykę.
         Przez dłuższą chwilę jej myśli płynęły bez konkretnego celu. Miała dzisiaj wolne, więc mogła sobie pozwolić na „marnowanie czasu”. Przymknęła oczy. Co ja tutaj robię? Dlaczego tak łatwo zaufałam tym ludziom? Dlaczego to wszystko spotyka właśnie mnie? Dlaczego te … problemy nie mogą się skończyć, rozwiązać… Dopaść kogoś innego? Wzięła łyk mocnej, ale przestygniętej kawy. No pięknie… Znowu się nad sobą użalam.
Jej telefon zawibrował. Sięgnęła po niego.
Dzień dobry Rebecco, masz ochotę na spacer? – Anthony”
Rozciągnęła usta w uśmiechu, ale po chwili dotarło do niej, że nie dawała mu swojego numeru, więc dziwnym było, że wie, na jaki numer pisać… A cholera z tym! Przecież istnieją książki telefoniczne, facebook i inne badziewia. Napiła się letniego napoju i szybko wystukała:
Dzień dobry Anthony, uwielbiam poranne spacery.”
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast:
„Będę za pół godziny pod hotelem.”
Po odczytaniu wiadomości odłożyła urządzenie na blat i pobiegła do łazienki, żeby się przebrać i doprowadzić do stanu używalności.

                                               ***

         Nie chciał, żeby gdziekolwiek dzisiaj wyszła z tym mężczyzną. Nie z Anthonym. Dopóki nie doprowadzi procesu, który udało mu się zacząć, do końca, nie pozwoli jej się z nim spotykać. Choćby miała go wyzwać, opluć, nigdy więcej się do niego nie odezwać, znienawidzić – mimo wszystko – nie wyjdzie z tego mieszkania. O ile już tego nie zrobiła - podsunęła podświadomość. Blondyn zaklął pod nosem i nerwowo przekręcił kluczyk w drzwiach, po czym wszedł do środka.
– Rebecco!
Odpowiedziała mu cisza. Miał nikłą nadzieję, że dziewczyna siedzi w saloniku albo w sypialni ze słuchawkami w uszach i go nie słyszy. Szybko sprawdził każde pomieszczenie i doszedł do wniosku, że jego kwatera jest pusta. Wspaniale…
Myśl pozytywnie, teraz przynajmniej masz jeden problem z głowy i możesz wrócić do domu - podsumowała podświadomość. Ale on wcale nie chciał tego robić. Nie bez Rebecki. Przyzwyczaił się do niej i musiał mieć pewność, że będzie bezpieczna, kiedy ją opuści.

                                               ***

         Szli wzdłuż brukowanej, prawie świecącej pustkami ulicy, mijając zbudowane z brunatnej cegły kamienice. W każdym wąskim okienku zawieszono staroświeckie firanki.
Było o wiele cieplej niż zwykle o tej porze roku, ale to dobrze. Przynajmniej nie zamarzali. Od pół godziny rozmawiali o tym, że chętnie wyjechaliby do jakiegoś cieplejszego miejsca; o tym, że pili rano kawę i nie wiedzieli, co ze sobą zrobić; o tym, że jutro Anthony wyjeżdża…
– Dokąd? – zapytała Rebecca, nie potrafiąc opanować ciekawości.
– Daleko stąd. Może będę podróżować… Choć samotność może mi wtedy bardziej doskwierać… Nie chciałabyś się stąd wyrwać?
Dziewczyna przez chwilę nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć, ale na myśl nasunęło jej się jedno pytanie:
– A co na to twoja wybranka?
– Nie mam żadnej. Dlatego pytam ciebie.
– Przepraszam. Nie powinnam pytać o takie rzeczy…
– Nic nie szkodzi, moja droga. Więc… co ty na to?
Nie wiedziała, co powiedzieć. Patrząc na tę znajomość… Chociaż niekoniecznie można to nazwać znajomością… Wczoraj po raz pierwszy była z nim na kawie i dzisiaj wyszła na spacer, a ten proponuje, prawie jej nie znając, wyjazd z Londynu, żeby mieć z kim podróżować po świecie. To miało tyle sensu, co olbrzymi pies jednorożec jedzący naleśniki polane tęczą na śniadanie.
Tak. Zupełny bezsens.
Tylko jak mu to delikatnie wyperswadować?
Zastanowiła się przez chwilkę, po czym odpowiedziała, próbując zniechęcić go do siebie:
– Hm, wiesz… Jestem raczej aspołeczną melancholiczką ze stanami depresyjnymi, miewającą przejawy mizantropii, która ma zapędy na piromankę-anorektyczkę. Chyba nie będę najlepszą towarzyszką.
Tylko trochę zniechęcić.
Zaśmiał się, słysząc jej – w sumie całkiem zgodne z prawdą – słowa.
– Myślę, że to w pewien sposób czyni cię ciekawą osobą.
Kłamca.
–Anthony… Myślę, że za krótko i zdecydowanie za słabo się znamy, żeby mówić o takich rzeczach. To brzmi zbyt…
Nie mogła znaleźć wystarczająco „delikatnego” słowa.
–Niedorzecznie? Wiesz… Rozumiem. Poznajesz jakiegoś nawiedzonego faceta, który najpierw się na ciebie wydziera, a później próbuje być miły i zabrać cię niewiadomo gdzie. Trudno takiemu typowi zaufać, zwłaszcza, że dopiero go poznałaś, co? Szkoda.
Manipulator.
–Nawet gdybym znała cię lepiej, nie jestem tu sama. Nie mogę zostawić… mojego współlokatora. Razem tu przyjechaliśmy i tak właściwie to właśnie dzięki niemu teraz mogę tutaj być, więc… Przykro mi.
Czuła, że nie potrafiłaby zostawić Matta po tym, jak przywiózł ją do Londynu, żeby uciec od Żyły i ją chronić. Pomóc jej zapomnieć o tym, co przeszła.
Odruchowo dotknęła dłonią ręki w miejscu, gdzie ciągle gościły wyglądające jak żyły blizny.
         Rozumiał. Nie opuściłaby swojego blondaska, bo czuje, że jest mu winna o wiele więcej niż już zrobiła. A zdała się na Matta – to był duży błąd. Nie wiedziała, na co się pisze. Powierzając mu swoje zaufanie, na pewno nie myślała o tym, że w najbliższej przyszłości może tego żałować. Poprawka – będzie tego żałować.

                                               ***

         Brama miasta stała otwarta cały czas, chyba że królestwu groziło niebezpieczeństwo takie jak na przykład atak wrogiej armii. Rzekomo nie potrzeba było wiele, by przejść przez wrota. Strażnicy potrzebowali tylko niezbitego dowodu, że nie masz nieprzyjaznych zamiarów.
Zmierzch nastał szybciej niż mężczyzna przypuszczał. Przy stróżówce już świeciły się pochodnie. Niebo było bezchmurne. Miliony gwiazd wisiało nad ich głowami, tworząc niesamowite konstelacje, wzory i przypominając ludziom, że to właśnie na tym nocnym nieboskłonie zapisane są dwie ważne rzeczy: historia i przeznaczenie. Ale nikt w tych czasach nie potrafił po prostu wyjść w taką noc i patrzeć na ten piękny firmament, próbując go zrozumieć albo chociaż podziwiać. Wszyscy mieli ważniejsze sprawy. Wszyscy byli zajęci. Całkiem przyziemne interesy i prymitywne przyjemności przykuwały ich uwagę. Ludzie nie doceniali efektywności tego zjawiska stworzonego dawno temu przez Bogów. Choć czasem nawet sami Bogowie zapominali o tym, co poczynili.
         Strażnicy tylko skontrolowali go przy bramie, zadając pytania, kim jest i skąd przychodzi. Odpowiedział, że przybywa z małej wioski za Puszczą i chce odpocząć po ciężkiej podróży. Wypytywali go przez chwilę o broń, ale wytłumaczył, że przecież nigdy niewiadomo, co można zastać w tym mrocznym lesie. Jeden z nich miał zastrzeżenia, czy to dobry pomysł, by wpuścić go do miasta, ale drugi powiedział tylko, żeby kolega odpuścił, ponieważ „wygląda na porządnego człowieka”.
Uśmiechnął się, słysząc to zdanie. W końcu pozwolili mu przejść, choć nowo przybyły mężczyzna miał pewność, że przez pewien czas będą go śledzić i sprawdzać tylko z tego powodu, że jednemu strażnikowi wydał się podejrzany. Więc trzeba będzie cały czas zachowywać pozory. I w pierwszych dniach nie kręcić się wokół Pałacu. Westchnął i wyruszył na poszukiwania gospody czy małego pensjonatu, gdzie mógłby przenocować.

                                               ***

         Po godzinnym spacerze Rebecca stwierdziła, że wcale nie jest aż tak ciepło, żeby chodzić dłużej i się nie przeziębić, więc Anthony zaproponował wizytę w jakiejś małej kawiarence. Dziewczyna zgodziła się, dochodząc do wniosku, że ta niesamowicie krótka znajomość opiera się na kawie, na piciu kawy… Pierwsze spotkanie – kawa, drugie spotkanie – kawa… Hm, nie najgorzej.
– Tym razem ja stawiam - stwierdziła, zawieszając płaszcz na krześle przy okrągłym stoliku w kącie sali. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem i wyciągając portfel z kurtki, odpowiedział żartobliwie:
– Siadaj, kobieto i nie narzekaj.
– Nie ma opcji! - zaprotestowała z delikatnym uśmiechem na twarzy. Postąpiła niecałe dwa kroki przed siebie, ale Anthony zastąpił jej drogę. Dziewczyna musiała spojrzeć w górę, żeby widzieć jego twarz.
– Nie pozwolę ci wydawać na mnie pieniędzy.
– Ja pozwoliłam ci ostatnio, więc teraz moja kolej, wielkoludzie.
– Chcesz się ze mną sprzeczać na środku kawiarni, karzełku? - Pokręciła głową, niedowierzając.
– Nie będziesz za mnie płacił. Znowu.
– Będę. Tym bardziej, że to moje ostatnie chwile tutaj.
Dziewczyna westchnęła.
– Niech ci będzie. Idź wyrzucać pieniądze na prawo i lewo. Uparty facet.
Anthony uśmiechnął się pod nosem, po czym pokręcił głową i kiedy dziewczyna usiadła przy stoliku, poszedł zamówić kawę.
Jest zbyt miły… Na pewno chce cię tylko wykorzystać, naiwna idiotko. Podświadomość, jak zawsze, znajdzie idealny moment, żeby się odezwać. Ale to możliwe. Ten mężczyzna wyglądał podejrzanie. Może faktycznie jest tak, że chce ją wykorzystać, ponieważ lubi młode dziewczyny. Ale z drugiej strony nie wygląda na takiego… Nie musi wyglądać, ale może taki być.
Słuszna uwaga.
         Nie. Nie chciała o tym myśleć. Przecież wyjeżdżał. Po co zastanawiać się nad takimi rzeczami, kiedy wiadomo, że już nigdy więcej się nie zobaczą? Trafna myśl. Postanowiła zestawić swoje obawy na dalszy plan.
         Mężczyzna wrócił do stolika, uśmiechając się do niej. Był przystojny. Wystające kości policzkowe, blada cera, zielone oczy. „Oczy są zwierciadłem duszy”. Nie mogła oderwać wzroku od szmaragdowych, enigmatycznych, błyszczących tęczówek Anthony’ego. Fascynowała ją tajemnica, której nie mogła odczytać. Nie wiedziała, co czai się w tym człowieku, a jej wrodzona ciekawość nie pomagała. Chciała wiedzieć, o co chodzi z tym facetem. Stanowił jedną, wielką zagadkę, która ją intrygowała.
– O czym tak myślisz, Rebecco?
Zdała sobie sprawę, że wgapia się w niego, co było niegrzeczne, więc odwróciła wzrok i odpowiedziała:
– Przepraszam, tak tylko się zamyśliłam…
– Nie szkodzi.  Zadumałaś się nad czymś ważnym?
– Nie. Tak właściwie to nic takiego.
Wyciągnął w jej stronę dłoń i ujął jej podbródek między kciuk a palec wskazujący. Drgnęła pod wpływem jego chłodnego dotyku, ale nie odsunęła się.
– Spójrz na mnie.
Poprosił kojącym głosem. Wykonała jego polecenie i utonęła w zieleni jego tęczówek, które spoglądały na nią tajemniczo, ale łagodnie.
– Masz piękne oczy, Rebecco.
Wymruczał, wpatrując się w jej zafascynowane i ciekawskie spojrzenie. Powoli i delikatnie pogładził kciukiem jej policzek, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Całkiem zatraciła się, utonęła w tej nieprzeniknionej zieleni. Miał nad nią niesłychaną kontrolę, a Rebecca nie zdawała sobie z tego sprawy. Nie chodziło tylko o tę chwilę, ale zwłaszcza o tę chwilę.
         Wpatrywali się tak w siebie przez dłuższy czas, próbując rozszyfrować siebie nawzajem. Jemu prawie się to udało, ale kiedy poruszył ustami, chcąc coś powiedzieć, ktoś podszedł do ich stolika i odchrząknął. Oboje zwrócili wzrok ku niemu.
– Matt?
Rebecca była zdziwiona i nie miała pojęcia, co jej współlokator tu robi. Nie wiedziała, czy to przypadek, czy ją śledził, czy szukał i jakimś cudem znalazł?
Blondyn spojrzał na Anthony’ego, który uśmiechnął się do niego i wstał powoli z miejsca.
– Witam, panie Rozen. - powiedział, kładąc nacisk na nazwisko mężczyzny.
Matt zacisnął szczęki, ale nie wytrzymał. Chwycił Anthony’ego za marynarkę i przyparł do ściany, sycząc ze złości:
– Nie powinno cię tu być.
– Owszem. Ale mój tępy sługa nie spełnił swojego zadania. I jak zwykle muszę robić wszystko sam.
– Nie. Odejdź. Ja to dokończę.
– Nie. Za późno, żołnierzyku.
Matt zacisnął pięści mocniej na delikatnym materiale.
– Nie pozwolę ci jej skrzywdzić, rozumiesz?
Anthony uśmiechnął się, a Rebecca podchodzi do nich i chwyta Matta za przedramię. Patrząc na niego błagalnym wzrokiem, prawie szepcze:
– Matt. Błagam, nie rób tutaj scen. Nie bądź…
– Powodzenia, Matt. - wtrącił Anthony, wyraźnie akcentując jego imię, po czym, pomimo uścisku Matta, przyciągnął dziewczynę do siebie. W oczach blondyna nagle pojawiło się zrozumienie, a wraz z nim przerażenie. Właśnie otwierał usta, żeby coś powiedzieć, a może raczej krzyknąć?, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku, ponieważ nagle cała trójka poczuła, jakby cały świat zamarł. Na chwilę wszyscy ludzie wokół stanęli w miejscu jak zatrzymanym filmie. Deszcz, który niedawno zaczął padać i bębnił o szyby, nagle ustał. Nie mogli się poruszyć, ale wiedzieli, że dzieje się coś niepokojącego. Przynajmniej dwójka z nich tak to odczuwała.
Otoczenie zaczęło się zmieniać, zamazywać, jakby ktoś wylał wodę na świeżo namalowany obraz. Kontury zanikały i wszystko zlewało się ze sobą, po krótkiej chwili tworząc jedną wielką plamę. A potem zaczęła otaczać ich ciemność. Nieprzenikniona, najpierw granatowa, ale stopniowo wpadająca w czerń ciemność. Ogarnęło ich niesłychane zimno, moment później poczuli zwalający z nóg upał. Następnie zaczęli wirować i jednocześnie lekko kołysać się na boki.
Rebecca straciła przytomność pod wpływem tego całego natłoku.
         Wiatr. Chłodny i ostry uderzył w ich twarze, a kilka sekund później znaleźli się w ogromnej sali z wysokim sufitem, podłogą wyłożoną marmurem i ścianami przyozdobionymi gobelinami i chorągwiami.
Anthony w ostatniej chwili uchronił dziewczynę od upadku, a Matt zatoczył się i z szeroko otwartymi oczami zaczął przeklinać w każdym znanym mu języku.
– Nie przesadzaj, żołnierzyku. I tak długo tu nie pobędzie.
– Co mam jej powiedzieć, jak się obudzi, do jasnej cholery?! Witaj w Asgardzie, mitycznej krainie Bogów?!
Ciemnowłosy obdarzył rozhisteryzowanego mężczyznę półuśmiechem i odpowiedział:
– To nie najgorsze powitanie, ale mógłbyś postarać się wykrzesać z siebie coś więcej.


niedziela, 21 grudnia 2014

Notka informacyjna

Witam , witam :D
Bogowie ten tytuł nie brzmi dobrze xD  zawsze kojarzyło mi się to z jakąś złą, niepokojącą wiadomością, an temat danego bloga, ale spokojnie! Wszystko jest w jak najlepszym porządku :D
Nowy rozdział jutro ewentualnie pojutrze, ale coś obawiam się, że nie poprawiony :<
No, ale cóż do sedna - ostatnio postanowiłam, że wezmę się za poprawę i przepisywanie mojego skarbu "Corner". Wczoraj zrobiłam pierwszy krok w tym kierunku - otworzyłam worda z Cornerem xD a dzisiaj zdążyłam zmienić prolog i mam na szczęście teraz wygląda to i brzmi jakoś sensownie :D
Także, ta informacja dotyczy reklamy tak wprost to ujmując. Chciałam Was wszystkich zaprosić na bloga z aktualizującym się opowiadaniem          Corner
 Prolog został już opublikowany, więc zapraszam do czytania i komentowania, licze na Was kochani :D

Pozdrawiam,
Lola

środa, 26 listopada 2014

Rozdział 13

Witam, tych którzy pozostają ze mną w czasach kryzysu :D
A najlepsze w tym całym kryzysie jest wykres z liczbą wyświetleń xD wchodzę sobie tak, mówiąc "a zobaczę, jak tam mój pożalsięblog" wchodzę patrzę dzień 1 - 0 wyświetleń dzień 2 - 2 wyświetlenia dzień 3 - 0 wyświetleń, ale ale czasem są porywy do 8 wyświetleń dziennie, albo do 23 co już jest szokiem xD więc zwykłam nazywać ten wykres moim kochanym biedowykresem xD <3 Dobra koniec naśmiewania się z samej siebie xd przejdźmy do konkretów:
Teoretycznie miałam wstawić ten rozdział dobre dwa tygodnie temu i przepraszam za to karygodne spóźnienie, ale szkoła... Boli. Zwłaszcza jeżeli grozi zagrożeniem z matmy ;-;
Więc dwa tygodnie temu, kiedy starałam się wziąć się w garść, poprawić oceny, napisać rozdział otworzyłam worda i patrzę na te marne sześć linijek z nagłówkiem "Rozdział 13". Załamka.
Ostatnio rozkminiałam sobie tak : "Lola ma tylko jedno marzenie, jeżeli chodzi o liceum... No może dwa... 1- zdać. 2-wydać książkę." Wiem to drugie brzmi tak beznadziejnie... Bo wszyscy, nawet pisząc jakiś chłam piszą ciągle "chcę wydać książkę" "to jest moja książka" "piszę moją książkę"... Zostawię to bez komentarza. A tak swoją drogą to bardzo przepraszam za błędy, ale jestem w trakcie poszukiwań bety i UWAG UWAGA : dzień 15 - brak odpowiedzi. Nawet głupiej odmowy ;-;
Dobra już Wam nie przeciągam i życzę miłej, choć ciut krótkiej lektury :<

A! Chciałam tylko jeszcze zwrócić uwagę, że nie życzę sobie chamskich zwrotów w komentarzach, tak jak to zwykła prezentować pewna osoba. Zakładam, że mam do czynienia z poważnymi, inteligentnymi ludźmi, którzy są w stanie jakoś elokwentnie się wyrazić.
















Enjoy :D




         Szedł w ciemności tak długo, że stracił poczucie czasu. Wydawało mu się, że ta wędrówka trwała nieskończoność, choć minęło tylko kilka dni.
         Zatrzymał się obok olbrzymiego, uschniętego drzewa, pomiędzy którego gałęziami prześwitywało mdłe, słabe światło dzienne.
Oparł się o pień, przymykając oczy i głęboko oddychając. Wokół panował upał i duchota. Jego nozdrza wypełniał słodki zapach dojrzałych malin. Czuł na twarzy delikatne promienie słońca. Mięśnie odpoczywały po długiej wędrówce, ale pozostawały napięte. Żyły na jego silnych przedramionach uwypukliły się. Westchnął czując się tak błogo, jak nigdy dotąd. Gdyby potrafił zatrzymać czas to zrobiłby to i pozwoliłby sobie na trwanie tej chwili przez całą wieczność.
         Lekki powiew wiatru rozbudził go. Czuł w tym podmuchu ledwo wyczuwalną sól, co oznaczało, że jest coraz dalej swojego domu nad brzegiem morza, lecz coraz bliżej Pałacu.
I wraz z tą myślą błogość i piękno tej chwili minęły. Przestał go obchodzić zapach malin i promienie słońca. Jego myśli zapełniły wizje cierpiącego Boga, który śmiał zadrzeć z jedną z najbardziej mściwych osób w tej krainie. Wizje boleści, jakie przeżywa. Wizje błagań o śmierć. Wizje upadłej, żałosnej resztki nieśmiertelnego mieszańca, niegdyś uważającego się za lepszego od wszystkich żyjących istot. Wizje skomlącego byłego władcę, korzącego się przed nim.
Usta mężczyzny rozciągnęły się w uśmiechu. Tak bardzo pragnął tej chwili. Widoku martwego zabójcy jego brata. Chciał, aby ten moment nadszedł jak najszybciej. Ale gdybym zabił tego potwora tak po prostu… To nie miałoby sensu. Gdzie w tym zabawa? Gdzie przyjemność patrzenia na jego męki? Gdzie radość z zemsty? Będzie wyczekiwać śmierci, tak jak mężczyzna wyczekuje spełnienia w objęciach kobiety.

                                      ***

 Dom Caroline był ogromny. Zadbana, piękna, monumentalna willa. Maggie zawsze miała słabość do takich miejsc. Sama miała marzenie, żeby w przyszłości być super popularną aktorką, która śpi na pieniądzach. Bogate, idealne życie bez zmartwień i czerpanie samych przyjemności z życia, to było coś, na co chciała mieć przywilej. Coś, czego bardzo pragnęła i twierdziła, że jest w stanie poświęcić wszystko, żeby tylko lepiej jej się układało w późniejszych latach.
Patrzyła na bogactwo i brak jakiegokolwiek ambarasu, na piękno i ideał, który chciała osiągnąć. Widziała to wszystko u Caroline. I w tym momencie tuż obok podziwu pojawiła się zazdrość, coś bardzo powszechnego w takich sytuacjach. Oczywiście, Maggie miała to, czego chciała, ale nie bez uprzedniego wysiłku.
-Pokój gościnny jest dopiero po remoncie, więc będziesz z niego korzystać jako pierwsza. Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać jego kształt.
Odezwała się Caroline, podchodząc do drzwi z jasnego drewna.
-Nie, dlaczego miałoby mi to przeszkadzać?
Odpowiedziała Maggie, a w tym momencie pokój gościnny stanął przed nią otworem. Kremowobiałe ściany, meble z jasnego drewna, ogromne okno, klasyczny, bukowy parkiet, wszystko wydawało się być w porządku. Tyle, że wspomnianym wcześniej kształtem pokoju było koło.

                                               ***

         Nie potrafił zasnąć. Nie chodziło o jego fizyczny pociąg do tej śmiertelniczki, choć znając jego, gdyby tylko nie wykonywał rozkazów, już dawno byłaby jego. Nie potrafił zasnąć ze względu ma samą myśl o niepowodzeniu tej misji. Dobrze wiedział, że gdyby po prostu oddał ją Koronie, miałby to wszystko z głowy i mógłby znowu przestać się przejmować, zająć swoim własnym życiem. Wiele razy rozważał czy nie pójść na łatwiznę i robić dalej wszystko to, co robił do tej pory, ale przywiązał się w pewien sposób do tej dziewczyny. Może i wydawała się trochę przezroczysta na tle innych dziewiętnastolatek, ale była w niej ta druga dusza. I właśnie ze względu na tą „wyjątkowość” nie chciał tak szybko jej oddawać. Zwłaszcza Jemu. Może było to bardzo samolubne i całkiem materialne podejście, bo gdzieś w głębi serca chciał odczuwać podziw ze strony ludzi, którzy na niego będą patrzeć i będą myśleć „oto on, który uporał się z tym, jakże trudnym zadaniem”, chciał żeby w końcu traktowano go z olbrzymim respektem. No i znając predyspozycje Korony, wolał zrobić wszystko na własny sposób, we własnym tempie, zamiast poddawać niewinną osobę cierpieniom, których można uniknąć.
         Nie wiedział jeszcze jak, ale musiał zrobić coś, aby Rebecca nie przebywała w jego towarzystwie. A może lepiej idź na łatwiznę i oddaj ją temu skurczybykowi? Podsunęła podświadomość. Nie… Nie chciał tego robić. Wolał żeby, choć raz ludzie w Pałacu i daleko poza nim, w końcu zobaczyli jego możliwości. Nie tylko to, że „macha mieczem” i jest „rozpustny”. Chciał poczuć, że jest ważny, że ludzie w jakiś sposób go doceniają.
         Z kontemplacji wyrwało go głębokie westchnięcie dziewczyny, która leżała tuż przy nim. Spojrzał na nią i spostrzegł, że jej oczy są w niego wpatrzone. Dziewiętnastolatka pokręciła lekko głową i powiedziała cicho głosem zupełnie nie podobnym do Rebeccki:
-Wyglądasz na smutnego, Fandralu. Stało się coś złego?
Mężczyzna wziął wdech i patrząc jej w oczy odpowiedział smętnym tonem:
-Coś złego, moja droga, może dopiero nastąpić.
Dziewczyna zamknęła oczy, po czym wtuliła się w jego pierś i znowu słyszał jej równy, spokojny oddech.
Muszę się z nim skontaktować.

                                               ***

         Przejrzał się w lustrze i przejechał palcami po swoich kruczoczarnych włosach, po czym uśmiechnął się do swojego odbicia, wnioskując, że wygląda dzisiaj bardzo dobrze. I że, o dziwo, ma dobry humor, co nie zmieniało faktu, że łatwo było go wyprowadzić z równowagi. Wyprostował się i zarzucił na siebie hebanową marynarkę.
Kiedy zapinał guziki dostrzegł w lustrze, podążającego w jego stronę wysokiego, znajomego mu blondyna. Uśmiechnął się pod nosem.
-Witaj, żołnierzyku. Nie pomyliłeś sklepów?
-Nie, skądże.
Odwrócił się twarzą do Matt’a i udając zaskoczonego zapytał:
-Nagle zaczęły interesować cię eleganckie ubrania zamiast broni?
-Muszę ci o czymś powiedzieć.
Anthony podniósł na sekundę jedną brew, po czym obrócił się z powrotem do lustra i zaczął wygładzać materiał marynarki, której i tak nie zamierzał kupić.
-Więc mów.
Matt rozejrzał się wokół i w geście zdenerwowania oblizał wargi i odpowiedział obniżonym głosem:
-Wolałbym o tym porozmawiać w bardziej… Ustronnym miejscu. W cztery oczy.
-Przykro mi, ale muszę wybrać jakąś dobrze reprezentującą się marynarkę. Mów o co chodzi albo zejdź mi z oczu.
-W porządku, więc… Potrzebuję trochę czasu z tą dziewczyną.
-Czyżbyś znalazł w końcu jakąś kobietę wartą więcej uwagi niż kilka namiętnych, upojnych chwil w twoich objęciach?
-Chodzi o Rebecce.
-Rebecce?
-Tą dziewczynę, z którą ostatnio siedziałeś na kawie, zabawiając się w te twoje kłamstwa.
Anthony znów odwrócił się do spiętego Matt’a.
-Och, Rebecca. Myślałem, że jej imię brzmi zupełnie inaczej.
-Na tą chwilę, jej imię to Rebecca.
-Do czasu, żołnierzyku.
-Potrzebuję kilku może kilkunastu dni z nią…
-Żeby wykorzystać ją jak wszystkie poprzednie? Wiesz, że mogą być tego różne konsekwencje, które mogą ci poważnie zaszkodzić, prawda?
-Nie chce jej wykorzystać. Chce wypełnić zadanie, które…
-Które powierzyłem zupełnie komuś innemu. Gdybym chciał żebyś to ty się wszystkim zajął, wyznaczyłbym ciebie. Ale nie zrobiłem tego. Więc dlaczego mam nagle pozwolić komuś tak niekompetentnemu jak ty wykonać to zadanie?
-Ponieważ to, co robię zaczyna działać.
-Nie.
-Ból nie jest rozwiązaniem, w tym przypadku chodzi o czułość, której akurat ty nie rozumiesz, więc daj mi…
-Powiedziałem, żołnierzyku. Nie. Za dwa dni będziemy mieć wszystko z głowy. Nie pozwolę nikomu zwlekać…
-Nie rozumiesz. To, co chcesz zrobić tylko pogorszy sprawę, jeżeli zostawisz to mnie…
-To ty nie rozumiesz, marny żołnierzyku. Nie mam zamiaru marnować więcej czasu niż potrzeba, troszcząc się o szczegóły. Jak widać najmniejszy zalążek, mogę wszystko skończyć w bardzo krótkim czasie. Za dwa dni będzie po wszystkim i wszyscy zapomną o sprawie. A ty nie zmienisz mojego postanowienia. Wracaj do swoich zajęć.
         Matt dobrze znał ten ton. Wiedział, że dalsza dyskusja byłaby bezsensowna.
-Jak sobie życzysz.
Zostawił Anthony’ego przed lustrem i udał się z powrotem do mieszkania. Musiał wymyślić coś, żeby Rebecca pod żadnym pozorem nie ufała temu typowi i żeby nigdy więcej nie dała się namówić na jakieś wyjście. Mogła mu zrobić o to awanturę, ale wiedział, że jeśli pozwoli jej gdzieś pójść z Anthonym, już jej nie zobaczy.

                                               ***

         Kolec wystający z jednej z gałęzi, którą właśnie usuwał ze swojej drogi drasnął policzek, lekko rozcinając skórę. Kropla szkarłatu ozdobiła zarośnięty policzek mężczyzny, nieprzejmującego się skaleczeniami. Brnął przed siebie, nie zważając na przeszkody. Cienkie, kolczaste ramiona drzew odcinał z taką zawziętością, że można by pomyśleć, iż jest szaleńcem, pragnącym kogoś uśmiercić, ewentualnie poważnie uszkodzić i wyżywa się na drzewie.
Dyszał ze zmęczenia, ale nieustannie szedł przed siebie, pod górę, żeby wyjść naprzeciw przeznaczeniu. Kropelka potu spłynęła mu po czole. Nie otarł jej. Ciągle napięte mięśnie paliły niczym żywy ogień.
Uniósł rękę, ściskając rękojeść maczety z całej siły i uderzył w kolejną gałąź, pozbywając się jej na dobre. Przynajmniej tak sądził, ponieważ gdy zrobił kilka kroków dalej, nie oglądając się za siebie, wszystko, co zniszczył odrastało w zastraszającym tempie, blokując mu drogę powrotną, co oznaczało, że teraz już nie ma odwrotu. Musiał dokończyć to, co zaczął. Albo przynajmniej dotrzeć do Pałacu.
         Godzinę temu skończyła mu się woda. To oznaczało, że do celu już blisko. Coraz bliżej do mojej słodkiej zemsty. Zacisnął palce na rękojeści olbrzymiej maczety, którą przecinał sobie drogę.
Kolejna kolczasta gałązka opadła na ziemię, ciągnąc za sobą zasłonę bluszczu. Promienie zachodzącego słońca uderzyły w jego twarz, przez chwilę oślepiając mężczyznę.
         Przysłonił zmrużone oczy dłonią. Wyszedł z gąszczu, w którym tkwił co najmniej ostatnia dobę i znalazł się na porośniętej wysoką, soczyście zieloną trawą polanę na wzgórzu, którego szczyt pokrywała biała skała. Przyjemnie chłodny wiatr muskał jego spoconą twarz i ciało odziane w skórzany strój. Przez moment miał ochotę opaść na miękką trawę i w końcu odpocząć po ciężkiej wędrówce, ale nie mógł. Wiedział, że musi iść dalej. To, że widzisz cel na horyzoncie znaczy, tylko i wyłącznie, że czas naprawdę zacząć się starać.
         Wciągnął w płuca orzeźwiające powietrze i trochę rozluźnił zmęczone mięśnie. Przymknął na chwilę oczy i zacisnął palce na gardzie maczety, po czym jednym szybkim, wytrenowanym ruchem umieścił ją w pochwie przyczepionym do pasa.
Uniósł powieki i ruszył przed siebie, ku szczytowi wzgórza. Zachodzące słońce ogrzewało jego skórzany strój, a chłodny wiatr dawał ukojenie w upale.
         Jego myśli nie krążyły wokół ciepłej, odprężającej kąpieli, która naprawdę by mu się przydała, tylko wokół mordercy. Wokół mordercy, który teraz rządzi tą krainą. Nie miał pojęcia, dlaczego ludzie nie chcą zrobić nic przeciwko jego panowaniu. Dlaczego chcą, aby ich sprawami zajmował się bezduszny, niegodny swojej pozycji mieszaniec? Dlaczego nie obalą niesprawiedliwego władcę i nie ześlą go w najkoszmarniejsze odmęty Hellheimu? Dlaczego czekają, aż zacznie mu się nudzić i w rekompensacie, dla zabawy zacznie pogrążać wszystkich mieszkańców, bawić się nimi, ich rodzinami, majątkami… Ich życiem.
         Podbicia butów zastukały cicho, kiedy wszedł na pokryty skałą teren. Powiew silnego, zimnego wiatru uderzył w niego z taką mocą, że prawie się cofnął. Oczy przyzwyczaiły się do słońca, które swoją drogą już prawie zaszło. Zobaczył przed sobą coś, co wyglądało o wiele lepiej niż w jego wspomnieniach z dzieciństwa, kiedy zwykł jeździć z ojcem sprzedawać tkaniny do stolicy.
Olbrzymi pałac, od którego starych, białych ścian odbijały się pomarańczowe promienie słońca. Wiekowe marmurowe balkony obrośnięte mchem i bluszczem. Okna fortecy wywierały na obserwatorze wrażenie, że ten budynek wcale nie służy, jako twierdza, jako miejsce, w którym można się schronić, w razie ataku, wręcz przeciwnie – były ogromne i podłużne. Szyby w nich usytuowane wcale nie było trudno rozbić. „Fortecę” zaprojektowano i zbudowano na planie koła. Oczywiście miała pełnić funkcję obronną, ale również ozdobną. Siedziba Władającego wszystkimi Krainami, przecież musi wyglądać pokaźnie. Tuż obok tego przepięknego dzieła architektury przepływała rzeka, która nagle zapadała się w dół, tworząc wodospad. Tony krystalicznie czystej wody spadały poza granice pałacu, ale tworzyły dalszy ciąg rzeki jeszcze w mieście. Wypływała za mur dzięki kanałom.
Miliony brązowych dachówek, okalających warownie. Zwykłe domy, te bogatsze i te zwyczajne prezentowały się nienagannie, lecz najgorzej to wyglądało w slumsach. Dzielnic biedy jednak nie było aż tak dużo i zbierały miejsce tylko i wyłącznie przy murze, otaczającym miasto.
Z miejsca, w którym stał dopiero po widoku pałacu dostrzegł monumentalne kamienne wrota – nigdy nie złamane i nigdy nie wyważone przez wrogie siły – były otwarte. Zamykane je jedynie, kiedy wszechwiedzący i wszechwidzący Heimdall zawiadomił o takiej konieczności władcę. Stary strażnik nie czuwał tylko nad mostem, dzięki któremu Bogowie mogli podróżować po innych krainach, ale również nad wszystkimi światami.

Poczuł kolejny mocny podmuch wiatru, który wyrwał go z rozmyślań nad monumentalnością Pałacu. Uśmiechnął się sam do siebie. Najłatwiejszą część mam za sobą... Sięgnął do kieszeni spodni, gdzie spoczywał czarny kamień z niebieskimi, połyskującymi żyłkami i zacisnął na nim palce. Teraz już nie ma odwrotu. Wypełnię moje przeznaczenie. Pomszczę brata. I uwolnię lud Asgardu od rządów tego tyrana. Raz na zawsze.

niedziela, 12 października 2014

Rozdział 12

Witam serdecznie wszystkich, którzy potrafią zorganizować sobie czas na czytanie moich wypocin!
Ja sama niestety zawaliłam kilka blogów - zwłaszcza na jednym mojego kochanego Pierniczka mam ponad dziesięciorozdziałowe opóźnienie, co mnie bardzo boli i co wieczór sobie to wypominam, nie mogąc się zabrać za nadrabianie - i to wszystko przez to, że - uwaga zaczynają się żałosne tłumaczenia - mam cholernego lenia. W pewnym sensie. Jak tylko wracam w tygodniu ze szkoły (czyt. około 16-17) odrabiam pracę domową, uczę się na kolejny dzień i błagam Bogów żeby się zlitowali i jakoś wpłynęli na nauczycieli (zwłaszcza sucz od historii i wosu) żeby tylko się na mnie nie uwzięli xD a potem patrzę na zegarek i mówię sobie " mam jeszcze czas może trochę poczytam, bo wypadałoby oddać tą książkę " i po następnych dwóch rozdziałach i ćwiczeniach na konkurs piosenki angielskiej nagle staje się ciemność i 22, czyli czas iść pod prysznic i spać, bo padamy ze zmęczenia. A w weekendy ostatnio wychodzę xD okej koniec tłumaczeń.
Przepraszam za brak moich komentarzy pod postami na blogach, gdzie wcześniej zawsze coś napisałam, ale nawet jak nie daję znaków życia nie znaczy, że nie czytam. Powoli wszystko nadrabiam :D

Co do komentarzy pod poprzednim postem to... Cieszę się, że podoba wam się nasz Matt :D no i co do tej "zmiany koloru oczu" to mogę powiedzieć tylko, że powoli zaczynam wprowadzać tutaj ten bardziej skomplikowany wątek. ale spokojnie wszystko z czasem się wyjaśni ;)
*i to uczucie tak bardzo nie pamiętać, co takiego się działo w rozdziale, który właśnie się publikuje*

Ostrzegam, że rozdział nie poprawiony, co postaram się zmienić w jak najbliższym czasie :)


Wow, ale się rozpisałam, coś strasznego xD
Dobra już nie przedłużam xD 
Wrzucam jak zwykle Lokiego i Fandrala


Czy tylko ja pomimo wszelkich starań nie potrafię zobaczyć Tom'a w Lokim? ;-;









Enjoy :D





         Drzwi numer 666. To ten apartament zawsze sprzątała ostatni. Ciekawe, kto tym razem mieszka pod tym numerkiem… Zapukała i zawołała „sprzątanie pokoi”. Przez chwilę odpowiadała jej cisza, ale w końcu usłyszała zirytowane i niezbyt przyjacielsko, brzmiące „wejść”. Ktoś tu wstał lewą nogą... Bosko. Następnego trzeba będzie „przez przypadek” oblać wiadrem wody.
Otworzyła drzwi i weszła do środka, wprowadzając ze sobą wózek ze sprzętem do sprzątania.
         Z sypialni wyszedł wysoki, blady mężczyzna o kruczoczarnych włosach, głębokich szmaragdowych oczach, prostym nosie i dolnej wardze minimalnie pełniejszej od górnej. Miał wystające kości policzkowe i ładnie zarysowaną szczękę.
Na pierwszy rzut oka wyglądał na zestresowanego i podenerwowanego.
         Zapiął zegarek, sięgnął po czarną, skórzaną kurtkę, którą przerzucił przez ramię, a kiedy zobaczył dziewczynę    skrzywił się, jakby z pogardy dla niej.
-Nie dotykaj moich ubrań, ani walizki. Wiem, gdzie wszystko jest, więc nawet nie próbuj szukać jakichś drobniaków, bo złożę skargę i postaram się żebyś więcej tutaj nie pracowała.
Rebecca już go nie lubiła, już chciała mu wygarnąć, że jest cholernie nieuprzejmy, ale stwierdziła, że to nie ma sensu i ostatecznie uśmiechnęła się i słodko powiedziała:
-Oczywiście, proszę pana.
Mężczyzna przewrócił oczami i niemal prychnął ze wstrętem „śmiertelnicy”, po czym wyminął dziewczynę i wyszedł z pokoju.
-Palant.
Mruknęła, otwierając okno przy sofie. W całym apartamencie było trochę duszno, ale nie panował wszechobecny bałagan, więc tutaj nie miała dużo roboty.

                                               ***

         Wróciła do mieszkania około dziewiętnastej. O tej porze roku na dworze już było ciemno. Przed otworzeniem drzwi odruchowo spojrzała na numerek i prawie się zaśmiała. Co za ironia losu… Sześćdziesiąt dziewięć… No i dlaczego nagle wszystko staje się jasne?
Odwiesiła płaszcz na wieszak i rzuciła w kąt buty i torbę. Udała się do kuchni i wstawiła wodę na kawę. Zamyśliła się znowu. Tym razem jej myśli zaprzątały głosy i twarze, które wiedziała, że zna, ale nie była w stanie ich dopasować, ani powiedzieć kim była ta osoba i ile dla niej znaczyła. Nie pamiętała już żadnych imion. Coraz częściej zastanawiała się, czy te wszystkie postacie istnieją, czy może ich czasem nie wymyśliła.
         Jej kontemplacje przerwały ciepłe, miękkie usta, składające pocałunek na jej policzku i delikatny zarost muskający skórę dziewczyny.
-Hej, kruszynko. Co ty taka spięta?
Usłyszała zatroskany głos Matta tuż przy swoim uchu i poczuła jego silne ramiona, oplatające ją w talii. W końcu westchnęła, czując, że przy tym mężczyźnie nagle wszystkie obawy znikają.
-Trafił mi się palant w szatańskim pokoju.
Matt westchnął rozbawiony, po czym delikatnie się od niej odsunął, by wsypać kawę do drugiego kubka.
-Więc… Jak ten „palant” wyglądał?
-Wysoki, zdenerwowany, spięty, czarne włosy, zielone oczy, blady… Wyglądał w połowie, jak palant i w połowie, jak seryjny morderca z tym swoim wielce poważnym wyrazem twarzy.
Mężczyzna zawahał się na ułamek sekundy i zapytał:
-Był bardzo chudy?
-Jak kij. Ale na szczegóły nie patrzyłam.
-I pewnie patrzył na ciebie z pogardą…
-Czułam się przez moment, jakbym była jakimś niższym, bardzo mało ważnym podgatunkiem…
-No cóż… Pozostaje mi tylko współczuć. I mieć nadzieję, że nie przyjechał na długo.
-Walizki dużej nie miał…

                                               ***

         Wyruszył nocą. Zaopatrzony w najlepsze i najskuteczniejsze narzędzia, odsyłające marne, bezwartościowe egzystencje do Krainy Umarłych. Ubrany w wygodny, czarny, skórzany strój, w którym wybierał się na polowania, w dłoni zaciskał średniej wielkości kamień. Nieregularny kształt i ostre krawędzie wbijały się boleśnie w jego skórę. Błękitne żyłki na kawałku smolisto czarnej, chropowatej skały połyskiwały delikatnie.
         Z gór czekała go długa droga do Pałacu, ale nie zamierzał się poddać, ponieważ musiał pomścić brata. W najokrutniejszy sposób. Powoli. Boleśnie. Dogłębnie. Dotkliwie.
Na jego obliczu pojawił się złowieszczy półuśmieszek, a przed nim rozciągała się gęsta, ciemna puszcza.

                                               ***

         Kolejny dzień. Zbliżała się do pokoju 666. Westchnęła i zapukała do drzwi. Krzyknęła „sprzątanie” i podobnie, jak za pierwszym razem odpowiedziała jej cisza. Dopiero po dłuższej chwili usłyszała „wejść”, które tym razem było trochę bardziej uprzejme.
Pozory mylą… pomyślała, otwierając drzwi.
Wstał z kanapy tym razem z łagodnym wyrazem twarzy. Odezwał się uprzejmie:
-Dzień dobry.
Witaj świrze.
-Dzień dobry.
Odpowiedziała zdystansowanym tonem. Podszedł do niej powoli. Teraz był rozluźniony, lekko uśmiechnięty.
-O której pani kończy?
Zamurowało ją. O o… Przez chwilę stała nie zdolna do odpowiedzi, ale kiedy spojrzała w jego szmaragdowe, enigmatyczne oczy, wydukała:
-Słucham?
-O której kończy pani pracę?
-To raczej nie należy do pana spraw.
Zaśmiał się krótko, rozbawiony jej odpowiedzią.
-Chciałem tylko zabrać panią na kawę. W ramach przeprosin.
Przeprosin? Zdziwiona patrzyła na niego, nie wiedząc, czy ten facet żartuje, czy mówi poważnie.
-Za moje wczorajsze zachowanie. Zły dzień. Wybacz, że na ciebie naskoczyłem.
-…W porządku…
-Więc… O której pani kończy?
-Myślę, że nie znamy się wystarczająco, żeby wychodzić na kawę, proszę pana.
Obdarzył ją pięknym uśmiechem, po czym wyciągnął rękę.
-Mów mi Anthony.
-Rebecca…
Dziewczyna przez chwilę się wahała, ale niepewnie wyciągnęła dłoń, którą mężczyzna ujął, lekko podniósł i złożył na niej delikatny pocałunek.
Wow, palant gentelman…
-Będę czekać w kawiarni po drugiej stronie ulicy. Liczę na twoją obecność…
Żebyś się nie przeliczył…
Kącik ust mężczyzny uniósł się leciutko.
-Do zobaczenia, Rebecco.
Powiedział i nie czekając na reakcję dziewczyny, wyminął ją i opuścił pokój.

                                               ***

         Pójdzie łatwiej niż sądziłem… 

                                               ***

         Po czterdziestu minutach ścierania kurzy, polerowania luster i zamiatania podłóg odstawiła „sprzątający wózek” i poszła do szatni.
Zrzuciła mundurek, wciągnęła na siebie czarne rurki, długi, szary, wełniany sweter z ciemnymi guzikami, sięgający jej do połowy ud i przede wszystkim z długimi, nawet trochę za długimi rękawami, zasłaniającymi jej żyłopodobne blizny.
Zawiązała hebanowe sznurówki martensów i stanęła przed lustrem.
Rozpięła skudlonego koka, który jeszcze rano był ciasną, dobrze wyglądającą kupką związanych włosów.
Ciemne loki opadły na jej ramiona. Rozczesując je zastanawiała się nad „propozycją” Palanta z Szatańskiego Pokoju. Była ciekawa, o co, tak naprawdę, chodzi temu facetowi, bo na pewno nie chciał jej tylko przeprosić.
Rozsądek podpowiadał żeby zabrać swoje rzeczy i zwiewać, jak najdalej od tajemniczego mężczyzny z huśtawkami nastrojów. Ale z drugiej strony… Może to rzeczywiście był jakiś nerwowy dzień? Może tak naprawdę jest bardzo miłą osobą…? Chociaż… Niby, dlaczego chce się spotkać? Pewnie to jakiś głupi żart…
Zarzuciła na ramiona ciepły płaszcz i wzięła swoją torbę.
Wyszła przed budynek hotelu, po czym nie panując nad własnymi nogami ruszyła w kierunku kawiarni po drugiej stronie ulicy.

                                               ***

         Nie musiał długo czekać.
Średniego wzrostu, chuda dziewczyna weszła do ciepłej kawiarenki w stylu retro. Gdyby przez tego blond idiotę nie była tak chorobliwie chuda, to może wyglądałaby atrakcyjnie…
Rozejrzała się, a kiedy jej spojrzenie spotkało się z jego wzrokiem, obdarzył ją półuśmiechem. Zadziałało. Świetnie. Teraz tylko trzeba dobrze wypaść.

                                               ***

         Szedł w stronę hotelu, w którym pracowała Rebecca. Pomyślał, że mógłby ją chociaż raz odebrać, zwłaszcza po tym, co mu powiedziała o „szatańskim pokoju”. Podejrzewał o kogo chodzi, choć nie miał stuprocentowej pewności, a nie potrafił czytać jej w myślach. Chciał, żeby była bezpieczna. Potrafił wykonać rozkazy w o wiele delikatniejszy sposób, niż zrobiłby to ktoś wysłany bezpośrednio przez Koronę.
Może i zabijał innych ludzi wiele raz w swoim długim życiu, może i jest żołnierzem, który musi wykonywać rozkazy, ale nie ma zamiaru w tym przypadku nikogo krzywdzić.
         Kiedy przechodził obok jakiejś małej kawiarenki ostry, zimny powiew wiatru przywrócił go do rzeczywistości. Odwrócił głowę w stronę szyby po jego prawej stronie, żeby mógł zaczerpnąć powietrza i wtedy zobaczył coś, czego tak bardzo nie chciał widzieć. Czarnowłosego, bladego mężczyznę siedzącego przy jednym ze stoliczków.
Zielonooki zauważył go i posłał jeden ze swoich złowrogich uśmieszków, patrząc Mattowi prosto w oczy.
Szedł dalej, udając, że wcale go to nie ruszyło. Nieprawda. No to mamy problem… Cholera, że też musiał się pojawić akurat teraz! Myślałem, że dotarcie tutaj zajmie mu wiele więcej czasu… Zanim nas znajdzie… Gdzie jest Rebecca?!
Wyciągnął telefon z kieszeni i wykręcił numer dziewczyny. Błagam odbierz.

                                               ***

         Zawiesiła płaszcz na oparciu krzesła.
-Cieszę się, że przyszłaś.
Nie odpowiedziała, tylko jedynie uśmiechnęła się, ponieważ nie czuła tego samego, ale nie miała na razie wielkiej potrzeby wyrażania swojej niechęci. Nie chciała też pytać go, dlaczego to właśnie ją zaprosił, choć wiedziała, co odpowie. Ale ciekawość ją zżerała. Jakieś durne przeprosiny od gościa, który nie wygląda na kogoś, kto żałuje czegokolwiek… To nie może być jedyny powód… Albo może, jak to głupia baba doszukuje się nieistniejącego drugiego dna?
Usiadła naprzeciwko niego, nie wiedząc co powiedzieć.
-Więc… Jak ci minął dzień?
Zapytał, patrząc jej w oczy.
-Pomijając dziwną ofertę pójścia na kawę z zupełnie obcym człowiekiem z huśtawkami nastrojów, było całkiem dobrze.
Uśmiechnął się lekko kręcąc głową.
-W takim razie cieszę się i mam nadzieję, że reszta dnia będzie…
-Lepsza? Tak, też mam taką nadzieję.
Po krótkiej chwili kelnerka przyniosła dwie, gorące latte w dość sporych kubkach.
-Podają tutaj najlepszą kawę w mieście.
Nieprawda.
-Wiem.
Nie wiedziała.
-Jesteś stąd?
-Z okolic. A ty?
Kłamała, jak z nut.
-Niestety z daleka. Ale mieszkam tu na tyle długo, żeby wiedzieć, gdzie kupować kawę.
Obdarzył ją pięknym uśmiechem, mijając się z prawdą, a po chwili stwierdził:
-Nie masz londyńskiego akcentu.
Nerwowo zagryzła dolną wargę i wzięła łyk kawy. Myśl, myśl, myśl… Odstawiając kubek spojrzała mu łagodnie w oczy i odpowiedziała:
-To dlatego, że przebywałam jakiś czas w Australii.
-Praca?
-Rodzina.
-Rozumiem.
I zapanowała chwila ciszy. Potrafił czytać w myślach, więc dobrze wiedział, kiedy go okłamuje, ale postanowił grać w tą grę. Już zdążył się przekonać, że to na pewno jest ta osoba, której szuka.
         Przeglądając jej umysł wyczuł znajomą obecność. Jakby oprócz Rebeccki, w jej głowie siedziała jeszcze jedna osoba. To go utwierdziło w przekonaniu, że marny żołnierzyk, który pozbawił jego blond sługę tej dziewczyny, wie co robi, choć robi to bardzo powoli. Oczywiście, wobec kobiet bywa delikatny… Bywa. Oj żołnierzyku, taka szkoda, że nie będziesz mógł tego skończyć…
         Chciał znów się odezwać, ale wtedy jej telefon, który położyła na stoliku zaczął wibrować. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie, tak dobrze mu znajomego blond mężczyzny i imię powyżej „Matt”.
-Przepraszam…
Wyciszyła telefon jedynym guzikiem.
-Nie odbierzesz?
-A gdzieżby wtedy były moje maniery?
Siedzieli tak jeszcze przez dobre dwie godziny, okłamując się nawzajem.
         Zbliżała się dwudziesta pierwsza, a oczy Rebeccki zaczynały się niemal sklejać ze zmęczenia. Podpierała głowę na dłoni i wpatrywała się w dość przystojnego Palanta z Szatańskiego Pokoju.
-…co o tym myślisz?
Uzmysłowiła sobie, że nie słuchała go przez dłuższy czas.
-Wybacz, Anthony… Możesz powtórzyć?
-Dobrze się czujesz?
-Tak, tak… Oczywiście.
-Jesteś zmęczona. Odprowadzić cię do domu, ktoś po ciebie przyjedzie, czy…?
-Ja… Pojadę taksówką.
-W porządku.
Wstali od stolika. Mężczyzna poszedł zapłacić, a Rebecca spojrzała na telefon. Czterdzieści dwa nieodebrane od Matta… Kuźwa…
         Przetarła twarz dłońmi, po czym postanowiła oddzwonić. Odebrał po drugim sygnale.
-Rebecca?
-Cześć Matt…
-Gdzie jesteś?
-Ja… Będę w domu za jakieś dwadzieścia minut.
-W porządku. Czekam.
Rozłączył się. Wiedziała, że był zdenerwowany. Martwił się, a ona nawet nie napisała, że będzie później. Jestem okropna.
         Wyszli przed kawiarnie, gdzie powitał ich zimny wiatr. Rebecca szczelniej zacisnęła poły swojego płaszcza, a Anthony schylił się i musnął ustami policzek dziewczyny. Czuła jego oddech na skórze.
-To był miły wieczór.
-Tak… Był.
-Do zobaczenia, Rebecco.
-Do zobaczenia…
Odsunął się i obdarzył ją pięknym uśmiechem, po czym udał się do hotelu, a ona już po chwili siedziała w ciepłej taksówce.

                                               ***

         Stał przed kamieniczką, czekając na nią. Denerwował się, martwił o nią. Myślał, że ten dupek jej coś zrobił. Zmusił do czegoś albo gorzej – sam wykonał polecenia, zamiast swojego sługusa.
Pod budynek podjechała taksówka, z której wysiadła Rebecca. Matt podszedł do niej i przytulił mocno, mówiąc:
-Nigdy więcej nie zostawiaj mnie bez żadnego choćby „będę później” dobrze?
Dziewczyna wtuliła się w silne ramiona współlokatora i tylko potwierdziła jego słowa skinieniem głowy, po czym dodała śmiejąc się:
-Nawet mój przybrany ojciec nigdy mnie tak nie powitał.
Mężczyzna uśmiechnął się i mocniej ją przytulił.
         Weszli do mieszkania, a Rebecca zaczęła mówić:
-Przepraszam, że nie odbierałam… Miałam wyciszony telefon.
-W porządku, rozumiem. Tylko następnym razem, daj mi znać, dobrze?
-Dobrze.
Usiadł na kanapie, a Rebecca na fotelu obok.
-Jesteś bardzo zmęczona?
-Właśnie miałam iść pod prysznic…
Rebecca podniosła się z fotela i odwróciła plecami do Matta i wtedy usłyszała:
-Poczekaj.
Znieruchomiała
-Tak?
-Gdzie byłaś?
-W kawiarni naprzeciwko hotelu, w którym pracuję.
-Z kim?
-Z Anthonym. Tym facetem, na którego ostatnio narzekałam.
-Z tym „palantem”?
-Tak.
-Rebecca… Nie powinnaś spotykać się z tym typem.
-Nie powinnam? Niby dlaczego?
-Bo go nie znasz. Bo nie wiesz, jaki może być. Bo niewiadomo do czego może być zdolny…
-Mówisz, jakbyś go znał.
-Może go znam? Zresztą co za różnica. Ty go nie znasz.
-Och, powiedz mi jeszcze, że może się okazać seryjnym mordercą, wybijającym ludzi tępą siekierą!
-Tego nie wiem i nie chcę wiedzieć! I nie chcę żebyś się z nim spotykała.
-Przykro mi Matt, ale to akurat jest niemożliwe.
-A to niby dlaczego?
-Ponieważ mieszka w hotelu, w którym pracuję do jasnej cholery!
-W porządku, ale w takim razie nie umawiaj się z nim na jakieś wyjścia!
-Nie widzę nic złego w piciu kawy z kimś, kto stara się być miły!
-Ale ja widzę!
Westchnął, po czym dodał już spokojniej:
-On jest pokroju tego człowieka, przez którego masz te żyło podobne blizny. Jest bezpieczny. Nie chcę żebyś się z nim spotykała, ponieważ nie chcę żeby coś ci zrobił. Proszę, zrób to nie dla mnie, tylko dla swojego dobra.
-Dobrze!
-Dobrze!
Zdenerwowana udała się do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi.
         Po długim, gorącym prysznicu trochę ochłonęła. Z jednej strony rozumiała obawy Matta, ale z drugiej – to było tylko jednorazowe wyjście. Nie zamierzała tego powtarzać. Dlaczego nie? Przecież było fajnie. Podsunęła dziwnie pozytywnie nastawiona podświadomość. Może i tak, ale to było jednorazowe. „Kawa na przeprosiny”, tak? Więc nie powtórzę tego wyjścia. Tym bardziej, po tym co powiedział Matt. Jeżeli ten człowiek naprawdę jest pokroju Żyły to wolę trzymać się od niego z daleka.

                                               ***

         Cholera i co teraz? Przechadzał się po saloniku, kiedy Rebecca brała prysznic. Nie mogę znowu, gdzieś jej wywieźć. Przecież po tej „wymianie zdań” zorientuje się, że chodzi o tego dupka. Jak jej się przedstawił? Anthony? No to powodzenia ze sprowadzeniem jej do Pałacu, Anthony.
Usiadł na kanapie, chowając twarz w dłoniach i przeklinając się w duchu, że nie zaczął działać wcześniej i teraz nie będzie w stanie ochronić tej dziewczyny przed kolejnym cierpieniem.
Słyszał, jak wyszła z łazienki i jak udała się do sypialni. Jeszcze przez dobre pół godziny siedział na tej durnej kanapie, myśląc nad swoim bezsensownym zwlekaniem.
         Stał pod prysznicem. Gorąca woda spływała po jego umięśnionym, idealnym ciele. Rozmyślał o swoim błędzie. Chociaż w sumie ostatnio przemówił przez nią ktoś inny… To jest postęp. I to nie przez cierpienie, tylko przez… Powrócił myślami do tego poranka na kanapie. Tylko przez to, że nie potrafisz się pohamować, napaleńcu. Skwitowała podświadomość – jak zawsze niesamowicie pomocna. Więc może to jest jakiś sposób? Nie tylko tortury i ból. Może właśnie chodzi o przyjemność?
Tak sobie to tłumacz, narwańcu. Westchnął, wychodząc z łazienki.
         Od „starcia” z Rebeccą minęło już trochę czasu i możliwe, że śpi… Albo i nie…
Delikatnie zapukał do sypialni, ale nie dostał żadnej odpowiedzi. Uchylił lekko drzwi i szepnął:
-Rebecca?
Cisza.
Wszedł do środka i położył się obok dziewczyny zwróconej do niego plecami. Przez chwilę wsłuchiwał się w jej oddech i jeździł palcem po mokrej końcówce kosmyka jej włosów.
-Ciągle się na siebie gniewamy?
Usłyszał cichy szept, po czym Rebecca odwróciła się do niego, a Matt odpowiedział:
-Oczywiście, że nie… Chyba, ze chcesz żebym spał na kanapie…
-Nie. Wolę cię mieć tu, przy sobie.
Wtuliła się w nagi, ciepły tors mężczyzny, który otoczył ją ramieniem i jego ciało przylgnęło do jej.
-Dobranoc, Rebecco.
-Dobranoc, Matt.