środa, 26 listopada 2014

Rozdział 13

Witam, tych którzy pozostają ze mną w czasach kryzysu :D
A najlepsze w tym całym kryzysie jest wykres z liczbą wyświetleń xD wchodzę sobie tak, mówiąc "a zobaczę, jak tam mój pożalsięblog" wchodzę patrzę dzień 1 - 0 wyświetleń dzień 2 - 2 wyświetlenia dzień 3 - 0 wyświetleń, ale ale czasem są porywy do 8 wyświetleń dziennie, albo do 23 co już jest szokiem xD więc zwykłam nazywać ten wykres moim kochanym biedowykresem xD <3 Dobra koniec naśmiewania się z samej siebie xd przejdźmy do konkretów:
Teoretycznie miałam wstawić ten rozdział dobre dwa tygodnie temu i przepraszam za to karygodne spóźnienie, ale szkoła... Boli. Zwłaszcza jeżeli grozi zagrożeniem z matmy ;-;
Więc dwa tygodnie temu, kiedy starałam się wziąć się w garść, poprawić oceny, napisać rozdział otworzyłam worda i patrzę na te marne sześć linijek z nagłówkiem "Rozdział 13". Załamka.
Ostatnio rozkminiałam sobie tak : "Lola ma tylko jedno marzenie, jeżeli chodzi o liceum... No może dwa... 1- zdać. 2-wydać książkę." Wiem to drugie brzmi tak beznadziejnie... Bo wszyscy, nawet pisząc jakiś chłam piszą ciągle "chcę wydać książkę" "to jest moja książka" "piszę moją książkę"... Zostawię to bez komentarza. A tak swoją drogą to bardzo przepraszam za błędy, ale jestem w trakcie poszukiwań bety i UWAG UWAGA : dzień 15 - brak odpowiedzi. Nawet głupiej odmowy ;-;
Dobra już Wam nie przeciągam i życzę miłej, choć ciut krótkiej lektury :<

A! Chciałam tylko jeszcze zwrócić uwagę, że nie życzę sobie chamskich zwrotów w komentarzach, tak jak to zwykła prezentować pewna osoba. Zakładam, że mam do czynienia z poważnymi, inteligentnymi ludźmi, którzy są w stanie jakoś elokwentnie się wyrazić.
















Enjoy :D




         Szedł w ciemności tak długo, że stracił poczucie czasu. Wydawało mu się, że ta wędrówka trwała nieskończoność, choć minęło tylko kilka dni.
         Zatrzymał się obok olbrzymiego, uschniętego drzewa, pomiędzy którego gałęziami prześwitywało mdłe, słabe światło dzienne.
Oparł się o pień, przymykając oczy i głęboko oddychając. Wokół panował upał i duchota. Jego nozdrza wypełniał słodki zapach dojrzałych malin. Czuł na twarzy delikatne promienie słońca. Mięśnie odpoczywały po długiej wędrówce, ale pozostawały napięte. Żyły na jego silnych przedramionach uwypukliły się. Westchnął czując się tak błogo, jak nigdy dotąd. Gdyby potrafił zatrzymać czas to zrobiłby to i pozwoliłby sobie na trwanie tej chwili przez całą wieczność.
         Lekki powiew wiatru rozbudził go. Czuł w tym podmuchu ledwo wyczuwalną sól, co oznaczało, że jest coraz dalej swojego domu nad brzegiem morza, lecz coraz bliżej Pałacu.
I wraz z tą myślą błogość i piękno tej chwili minęły. Przestał go obchodzić zapach malin i promienie słońca. Jego myśli zapełniły wizje cierpiącego Boga, który śmiał zadrzeć z jedną z najbardziej mściwych osób w tej krainie. Wizje boleści, jakie przeżywa. Wizje błagań o śmierć. Wizje upadłej, żałosnej resztki nieśmiertelnego mieszańca, niegdyś uważającego się za lepszego od wszystkich żyjących istot. Wizje skomlącego byłego władcę, korzącego się przed nim.
Usta mężczyzny rozciągnęły się w uśmiechu. Tak bardzo pragnął tej chwili. Widoku martwego zabójcy jego brata. Chciał, aby ten moment nadszedł jak najszybciej. Ale gdybym zabił tego potwora tak po prostu… To nie miałoby sensu. Gdzie w tym zabawa? Gdzie przyjemność patrzenia na jego męki? Gdzie radość z zemsty? Będzie wyczekiwać śmierci, tak jak mężczyzna wyczekuje spełnienia w objęciach kobiety.

                                      ***

 Dom Caroline był ogromny. Zadbana, piękna, monumentalna willa. Maggie zawsze miała słabość do takich miejsc. Sama miała marzenie, żeby w przyszłości być super popularną aktorką, która śpi na pieniądzach. Bogate, idealne życie bez zmartwień i czerpanie samych przyjemności z życia, to było coś, na co chciała mieć przywilej. Coś, czego bardzo pragnęła i twierdziła, że jest w stanie poświęcić wszystko, żeby tylko lepiej jej się układało w późniejszych latach.
Patrzyła na bogactwo i brak jakiegokolwiek ambarasu, na piękno i ideał, który chciała osiągnąć. Widziała to wszystko u Caroline. I w tym momencie tuż obok podziwu pojawiła się zazdrość, coś bardzo powszechnego w takich sytuacjach. Oczywiście, Maggie miała to, czego chciała, ale nie bez uprzedniego wysiłku.
-Pokój gościnny jest dopiero po remoncie, więc będziesz z niego korzystać jako pierwsza. Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać jego kształt.
Odezwała się Caroline, podchodząc do drzwi z jasnego drewna.
-Nie, dlaczego miałoby mi to przeszkadzać?
Odpowiedziała Maggie, a w tym momencie pokój gościnny stanął przed nią otworem. Kremowobiałe ściany, meble z jasnego drewna, ogromne okno, klasyczny, bukowy parkiet, wszystko wydawało się być w porządku. Tyle, że wspomnianym wcześniej kształtem pokoju było koło.

                                               ***

         Nie potrafił zasnąć. Nie chodziło o jego fizyczny pociąg do tej śmiertelniczki, choć znając jego, gdyby tylko nie wykonywał rozkazów, już dawno byłaby jego. Nie potrafił zasnąć ze względu ma samą myśl o niepowodzeniu tej misji. Dobrze wiedział, że gdyby po prostu oddał ją Koronie, miałby to wszystko z głowy i mógłby znowu przestać się przejmować, zająć swoim własnym życiem. Wiele razy rozważał czy nie pójść na łatwiznę i robić dalej wszystko to, co robił do tej pory, ale przywiązał się w pewien sposób do tej dziewczyny. Może i wydawała się trochę przezroczysta na tle innych dziewiętnastolatek, ale była w niej ta druga dusza. I właśnie ze względu na tą „wyjątkowość” nie chciał tak szybko jej oddawać. Zwłaszcza Jemu. Może było to bardzo samolubne i całkiem materialne podejście, bo gdzieś w głębi serca chciał odczuwać podziw ze strony ludzi, którzy na niego będą patrzeć i będą myśleć „oto on, który uporał się z tym, jakże trudnym zadaniem”, chciał żeby w końcu traktowano go z olbrzymim respektem. No i znając predyspozycje Korony, wolał zrobić wszystko na własny sposób, we własnym tempie, zamiast poddawać niewinną osobę cierpieniom, których można uniknąć.
         Nie wiedział jeszcze jak, ale musiał zrobić coś, aby Rebecca nie przebywała w jego towarzystwie. A może lepiej idź na łatwiznę i oddaj ją temu skurczybykowi? Podsunęła podświadomość. Nie… Nie chciał tego robić. Wolał żeby, choć raz ludzie w Pałacu i daleko poza nim, w końcu zobaczyli jego możliwości. Nie tylko to, że „macha mieczem” i jest „rozpustny”. Chciał poczuć, że jest ważny, że ludzie w jakiś sposób go doceniają.
         Z kontemplacji wyrwało go głębokie westchnięcie dziewczyny, która leżała tuż przy nim. Spojrzał na nią i spostrzegł, że jej oczy są w niego wpatrzone. Dziewiętnastolatka pokręciła lekko głową i powiedziała cicho głosem zupełnie nie podobnym do Rebeccki:
-Wyglądasz na smutnego, Fandralu. Stało się coś złego?
Mężczyzna wziął wdech i patrząc jej w oczy odpowiedział smętnym tonem:
-Coś złego, moja droga, może dopiero nastąpić.
Dziewczyna zamknęła oczy, po czym wtuliła się w jego pierś i znowu słyszał jej równy, spokojny oddech.
Muszę się z nim skontaktować.

                                               ***

         Przejrzał się w lustrze i przejechał palcami po swoich kruczoczarnych włosach, po czym uśmiechnął się do swojego odbicia, wnioskując, że wygląda dzisiaj bardzo dobrze. I że, o dziwo, ma dobry humor, co nie zmieniało faktu, że łatwo było go wyprowadzić z równowagi. Wyprostował się i zarzucił na siebie hebanową marynarkę.
Kiedy zapinał guziki dostrzegł w lustrze, podążającego w jego stronę wysokiego, znajomego mu blondyna. Uśmiechnął się pod nosem.
-Witaj, żołnierzyku. Nie pomyliłeś sklepów?
-Nie, skądże.
Odwrócił się twarzą do Matt’a i udając zaskoczonego zapytał:
-Nagle zaczęły interesować cię eleganckie ubrania zamiast broni?
-Muszę ci o czymś powiedzieć.
Anthony podniósł na sekundę jedną brew, po czym obrócił się z powrotem do lustra i zaczął wygładzać materiał marynarki, której i tak nie zamierzał kupić.
-Więc mów.
Matt rozejrzał się wokół i w geście zdenerwowania oblizał wargi i odpowiedział obniżonym głosem:
-Wolałbym o tym porozmawiać w bardziej… Ustronnym miejscu. W cztery oczy.
-Przykro mi, ale muszę wybrać jakąś dobrze reprezentującą się marynarkę. Mów o co chodzi albo zejdź mi z oczu.
-W porządku, więc… Potrzebuję trochę czasu z tą dziewczyną.
-Czyżbyś znalazł w końcu jakąś kobietę wartą więcej uwagi niż kilka namiętnych, upojnych chwil w twoich objęciach?
-Chodzi o Rebecce.
-Rebecce?
-Tą dziewczynę, z którą ostatnio siedziałeś na kawie, zabawiając się w te twoje kłamstwa.
Anthony znów odwrócił się do spiętego Matt’a.
-Och, Rebecca. Myślałem, że jej imię brzmi zupełnie inaczej.
-Na tą chwilę, jej imię to Rebecca.
-Do czasu, żołnierzyku.
-Potrzebuję kilku może kilkunastu dni z nią…
-Żeby wykorzystać ją jak wszystkie poprzednie? Wiesz, że mogą być tego różne konsekwencje, które mogą ci poważnie zaszkodzić, prawda?
-Nie chce jej wykorzystać. Chce wypełnić zadanie, które…
-Które powierzyłem zupełnie komuś innemu. Gdybym chciał żebyś to ty się wszystkim zajął, wyznaczyłbym ciebie. Ale nie zrobiłem tego. Więc dlaczego mam nagle pozwolić komuś tak niekompetentnemu jak ty wykonać to zadanie?
-Ponieważ to, co robię zaczyna działać.
-Nie.
-Ból nie jest rozwiązaniem, w tym przypadku chodzi o czułość, której akurat ty nie rozumiesz, więc daj mi…
-Powiedziałem, żołnierzyku. Nie. Za dwa dni będziemy mieć wszystko z głowy. Nie pozwolę nikomu zwlekać…
-Nie rozumiesz. To, co chcesz zrobić tylko pogorszy sprawę, jeżeli zostawisz to mnie…
-To ty nie rozumiesz, marny żołnierzyku. Nie mam zamiaru marnować więcej czasu niż potrzeba, troszcząc się o szczegóły. Jak widać najmniejszy zalążek, mogę wszystko skończyć w bardzo krótkim czasie. Za dwa dni będzie po wszystkim i wszyscy zapomną o sprawie. A ty nie zmienisz mojego postanowienia. Wracaj do swoich zajęć.
         Matt dobrze znał ten ton. Wiedział, że dalsza dyskusja byłaby bezsensowna.
-Jak sobie życzysz.
Zostawił Anthony’ego przed lustrem i udał się z powrotem do mieszkania. Musiał wymyślić coś, żeby Rebecca pod żadnym pozorem nie ufała temu typowi i żeby nigdy więcej nie dała się namówić na jakieś wyjście. Mogła mu zrobić o to awanturę, ale wiedział, że jeśli pozwoli jej gdzieś pójść z Anthonym, już jej nie zobaczy.

                                               ***

         Kolec wystający z jednej z gałęzi, którą właśnie usuwał ze swojej drogi drasnął policzek, lekko rozcinając skórę. Kropla szkarłatu ozdobiła zarośnięty policzek mężczyzny, nieprzejmującego się skaleczeniami. Brnął przed siebie, nie zważając na przeszkody. Cienkie, kolczaste ramiona drzew odcinał z taką zawziętością, że można by pomyśleć, iż jest szaleńcem, pragnącym kogoś uśmiercić, ewentualnie poważnie uszkodzić i wyżywa się na drzewie.
Dyszał ze zmęczenia, ale nieustannie szedł przed siebie, pod górę, żeby wyjść naprzeciw przeznaczeniu. Kropelka potu spłynęła mu po czole. Nie otarł jej. Ciągle napięte mięśnie paliły niczym żywy ogień.
Uniósł rękę, ściskając rękojeść maczety z całej siły i uderzył w kolejną gałąź, pozbywając się jej na dobre. Przynajmniej tak sądził, ponieważ gdy zrobił kilka kroków dalej, nie oglądając się za siebie, wszystko, co zniszczył odrastało w zastraszającym tempie, blokując mu drogę powrotną, co oznaczało, że teraz już nie ma odwrotu. Musiał dokończyć to, co zaczął. Albo przynajmniej dotrzeć do Pałacu.
         Godzinę temu skończyła mu się woda. To oznaczało, że do celu już blisko. Coraz bliżej do mojej słodkiej zemsty. Zacisnął palce na rękojeści olbrzymiej maczety, którą przecinał sobie drogę.
Kolejna kolczasta gałązka opadła na ziemię, ciągnąc za sobą zasłonę bluszczu. Promienie zachodzącego słońca uderzyły w jego twarz, przez chwilę oślepiając mężczyznę.
         Przysłonił zmrużone oczy dłonią. Wyszedł z gąszczu, w którym tkwił co najmniej ostatnia dobę i znalazł się na porośniętej wysoką, soczyście zieloną trawą polanę na wzgórzu, którego szczyt pokrywała biała skała. Przyjemnie chłodny wiatr muskał jego spoconą twarz i ciało odziane w skórzany strój. Przez moment miał ochotę opaść na miękką trawę i w końcu odpocząć po ciężkiej wędrówce, ale nie mógł. Wiedział, że musi iść dalej. To, że widzisz cel na horyzoncie znaczy, tylko i wyłącznie, że czas naprawdę zacząć się starać.
         Wciągnął w płuca orzeźwiające powietrze i trochę rozluźnił zmęczone mięśnie. Przymknął na chwilę oczy i zacisnął palce na gardzie maczety, po czym jednym szybkim, wytrenowanym ruchem umieścił ją w pochwie przyczepionym do pasa.
Uniósł powieki i ruszył przed siebie, ku szczytowi wzgórza. Zachodzące słońce ogrzewało jego skórzany strój, a chłodny wiatr dawał ukojenie w upale.
         Jego myśli nie krążyły wokół ciepłej, odprężającej kąpieli, która naprawdę by mu się przydała, tylko wokół mordercy. Wokół mordercy, który teraz rządzi tą krainą. Nie miał pojęcia, dlaczego ludzie nie chcą zrobić nic przeciwko jego panowaniu. Dlaczego chcą, aby ich sprawami zajmował się bezduszny, niegodny swojej pozycji mieszaniec? Dlaczego nie obalą niesprawiedliwego władcę i nie ześlą go w najkoszmarniejsze odmęty Hellheimu? Dlaczego czekają, aż zacznie mu się nudzić i w rekompensacie, dla zabawy zacznie pogrążać wszystkich mieszkańców, bawić się nimi, ich rodzinami, majątkami… Ich życiem.
         Podbicia butów zastukały cicho, kiedy wszedł na pokryty skałą teren. Powiew silnego, zimnego wiatru uderzył w niego z taką mocą, że prawie się cofnął. Oczy przyzwyczaiły się do słońca, które swoją drogą już prawie zaszło. Zobaczył przed sobą coś, co wyglądało o wiele lepiej niż w jego wspomnieniach z dzieciństwa, kiedy zwykł jeździć z ojcem sprzedawać tkaniny do stolicy.
Olbrzymi pałac, od którego starych, białych ścian odbijały się pomarańczowe promienie słońca. Wiekowe marmurowe balkony obrośnięte mchem i bluszczem. Okna fortecy wywierały na obserwatorze wrażenie, że ten budynek wcale nie służy, jako twierdza, jako miejsce, w którym można się schronić, w razie ataku, wręcz przeciwnie – były ogromne i podłużne. Szyby w nich usytuowane wcale nie było trudno rozbić. „Fortecę” zaprojektowano i zbudowano na planie koła. Oczywiście miała pełnić funkcję obronną, ale również ozdobną. Siedziba Władającego wszystkimi Krainami, przecież musi wyglądać pokaźnie. Tuż obok tego przepięknego dzieła architektury przepływała rzeka, która nagle zapadała się w dół, tworząc wodospad. Tony krystalicznie czystej wody spadały poza granice pałacu, ale tworzyły dalszy ciąg rzeki jeszcze w mieście. Wypływała za mur dzięki kanałom.
Miliony brązowych dachówek, okalających warownie. Zwykłe domy, te bogatsze i te zwyczajne prezentowały się nienagannie, lecz najgorzej to wyglądało w slumsach. Dzielnic biedy jednak nie było aż tak dużo i zbierały miejsce tylko i wyłącznie przy murze, otaczającym miasto.
Z miejsca, w którym stał dopiero po widoku pałacu dostrzegł monumentalne kamienne wrota – nigdy nie złamane i nigdy nie wyważone przez wrogie siły – były otwarte. Zamykane je jedynie, kiedy wszechwiedzący i wszechwidzący Heimdall zawiadomił o takiej konieczności władcę. Stary strażnik nie czuwał tylko nad mostem, dzięki któremu Bogowie mogli podróżować po innych krainach, ale również nad wszystkimi światami.

Poczuł kolejny mocny podmuch wiatru, który wyrwał go z rozmyślań nad monumentalnością Pałacu. Uśmiechnął się sam do siebie. Najłatwiejszą część mam za sobą... Sięgnął do kieszeni spodni, gdzie spoczywał czarny kamień z niebieskimi, połyskującymi żyłkami i zacisnął na nim palce. Teraz już nie ma odwrotu. Wypełnię moje przeznaczenie. Pomszczę brata. I uwolnię lud Asgardu od rządów tego tyrana. Raz na zawsze.